"Mafia" Celaena ZAKOŃCZONE


- Powiedziałeś, że wiesz co robisz?! - krzyknął  mój ojciec. Dawan Carrwaro - szef największej i najgroźniejszej mafii na świecie. Myślałam, że zaraz go zastrzeli. Mówiąc jego mam na myśli Carlosa. Jego.. teraz już lewą rękę po tym jak odciął mu prawą po zawalonym handlu maryśką z amerykańską gildią wujcia Gustawa. Biedny Carlos, jedna osoba, która mu współczuła? - Ja.
Patrzyłam na niego chwilę ze mega wielkim współczuciem. On na mnie z przerażeniem. Biedny Carlos. Miałam dość krzyków "miszczunia" jak zwą go "poddani". Przemierzyłam  hol. Starałam się nie patrzeć na portrety naszej familii. Zawsze mnie przerażały,a ojciec nigdy nie zwracał na mnie uwagi.
- Radź sobie sama! - Jedna z nałożnic gildii wybiegła z płaczem z pokoju...Saszy. Rosyjskiego pachołka mojego ojca od brudnej roboty. szłam dalej. Na korytarzu po prawej i po lewej stronie widniały "rodzinne pamiątki" z muzeów świata. W końcu dotarłam do mojego pokoju na 4 piętrze tego pałacowego labiryntu. Weszłam, założyłam słuchawki i zanurzyłam się w moim świecie. Świecie muzyki. Zamknęłam oczy i nie wiem kiedy - usnęłam.
Rano wstałam jak zwykle. Z tą różnicą, że dzisiaj przy moim biurku siedział ON.
- Czego chcesz? - wydusiłam oschle, jak zresztą na córkę szefuńcia przystało. Prawda była taka, że nie byłam taka jak mój ojciec.
- Dawan chce cię wydać za mąż jak już wiesz.
- Tak wiem od szesnastu lat mojego życia w króliczej noże. Coś jeszcze? Nie fatygowałbyś się, gdyby to nie było coś co nie miało by mnie zaskoczyć. - zesztywniał. A więc ti go miałam.
- Jesteś sprytniejsza i bardziej spostrzegawcza niż myślałem - uśmiechnął się. A ja przewróciłam oczami .
- Do rzeczy durniu.. - zaśmiał się.
- Od dzisiaj zacznie się turniej. Turniej, w którym nagrodą będziesz TY - zesztywniałam i otworzyłam szeroko oczy. on wyszedł śmiejąc się głośno. Zacisnęłam ręce w pięści.
- Tak łatwo mnie się nie pozbędziesz. TATO

#1
Osobiście uważam, że w sposób w jaki mnie o tym "poinformwał" ówcześnie był.. żaden. Dawno nie czułam się tak spięta i wściekła. Siedziałam teraz w jadalni , dużej jak chala sportowa piłki nożnej , ze tak powiem. A to, że czasem użądzali sobie tutaj  mecze tej dyscypliny sportowej - to szczegół. Jadłam lody, moi jedyni przyjaciele , którzy mnie rozumieli. Wlączylam 56 calowa plazmę. Mała jak na budżet tatuśka. Przełączyłam na kanał informacyjny. 
- "Dziś niedaleko uniwersytetu Calawerto znaleziono grupę zamordowanych ludzi. Podejrzani o tę zbrodnię są ludzie gangu "Carrero". -i tak w kółko , w kółko i w kółko bez końca. (Zawsze przekręcają nazwę, heh.)
- Widzę, że nie jesteś z tych ,co to dieta dotyczy . - odetchnelam z ulgą i odsunęlam krzesło obok mnie tak by usiadł. 
- Widzę, że nie jesteś z tych osób, co to obchodzi pukanie. - zaśmiał się i usiadł obok mnie. Po raz pierwszy od dawna mogłam mu się przyjrzeć na spokojnie z bliska. Miał kruczoczarne włosy sięgające do ramion, zielone oczy - takie jak lubię - pmyślałam głupia ja. Oczywiście mega wysoki gdzieś z metr dzięčdziesiąt na pewno. Szerokie ramiona, posturą nie grzeszył. Był w sam raz muskularny. Jego mięśnie opinał czarny podkoszulek. Ogółem był cały na czarno. Kurtka, spodnie i.. 
-Jak ręka? -spytałam zmartwiona. 
- Heh.. Byłoby lepiej gdybym miał zastępczą, ale żyje. Dziękuję za troskę. -nadal na niego patrzylam z podniesionymi brwiami. 
- Innych to sobie możesz oszukiwać ale nie mnie. - zaśmiał się. I spojżał na mnie. 
- No dobrze, jest beznadziejnie. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że nadal ją mam. Heh.. ale twój ojciec nigdy nie da mi..
- Dziś rano, byłeś pod moimi drzwami prawda? - szybko zmieniłam temat. Widział, że cierpie widząc go w takim stanie. 
- Carlos .. - popatrzylam na niego zdesperacją 
- No dobrze masz mnie, chciałbym znowu cie zobaczyć kiedy śpisz . Jesteś wtedy jak dziecko - zaśmiałam się i skończyłam jeść lody. 
- Za tydzień moje życie zamieni się w piekło. 
- Wiem, a ja Ci pomogę. -zaśmiał się, zanjąc moją odpowiedź.
- Chciałbyś
- Chciałbym - I tak rozumiałam się z jedynym człowiekiem, któremu mogłam ufać bezgranicznie.

#2
  Przechadzałam się po parku. Wielkim jak cholera parku. Było zimno więc ubrałam swoją ulubioną czarną bluzę z krzyżem na plecach. Moje nogi marzły. Nic dziwnego przecież ubrałam krótkie spodenki, zakolanówi i adidasy. Wszystko czarne a jak. Przyspieszyłam więc kroku do biegu. Biegłam, biegłam. Słuchałam muzyki ale i tak czułam, że ktoś mnie obserwuje. Nie zwracałam na to uwagi. Biegałam dalej. Minęłam starą wiktoriańską fontannę. Jako mała dziewczynka często przebywałam tu z mamą. Ciekawe co u niej. Straciłam matkę w wieku 6 lat. Jakk to powiedział mój ojciec ? To leciało jakoś tak : "Twoja matka zasłużyła na śmierć. Była mi nie posłuszna. Dlatego ty nie popełniaj jej błędu." W rzeczywistości przestaszył się rosnącnych jej wpływów w familii. Dlatego się jej pozbył. Nikt nie wiedział, poza nim,moją matką, opiekunką Santlli i Carlosem, że jestem córką nałożnicy. Ojciec nienawidził jej za to. Za to, że nie pozbyła się mnie zanim się urodziłam. To była jedyna kobieta, która się go nie bała. Ja również się go nie bałam. Ale również nie zabieralam żadnego głosu. Wolałam żyć na uboczu. Ale to nie było takie proste. Ojciec dał mi tylko raz prezent. W roku, w którym zabił mamę. Był to pluszowy miś. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że nawet jeśli go nie obchodzę, to mnie kocha. Nie mógł pozwolić sobie na posiadanie jakieś słabości, dlatego mnie unikał. Zatrzymałam się by odpocząć na chwilę. Usłyszałam strzęk mieczy. Podeszłam w tamtą stronę. Zobaczyłam stare miejsce na polanie, gdzie często kiedyś cwiczylam różne sztuki walki. Tak szczerze? Nadal tu trenuje. Kilku mężczyzn walczyło ze sobą. Zapewne kandydaci na mojego męża. Rozpoznałam jednego z nich. To był ON . Zabójca mojej matki. Dominic Brown. Główny zabójca familii. Wstałam i biegiem wróciłam do zamku z czasów wiktoriańskich. Wbieglam na 2 piętro , do pokoju narad. Tam był on. Weszłam z hukiem.
- Jak mogłeś to zrobić!?! - krzyknęłam patrząc mojemu ojcu w oczy.

#3
-O co Ci chodzi , Luize? -zacisnęłam pięści. Nienawidziłam jak mówił do mnie tym pogardliwym i znudzonym głosem. 
- A jak myślisz?! Dlaczego ON , ten drań jest jednym z kandydatów?! - jednym machnięciem ręki wyprosił wszystkich z pokoju narad. Gdy drzwi zostały zamnknięte odpowiedział tak jak zwykle bez emocji.
- A czemu nie? To odpowiedni kandytat dla ciebie. Spłodziłby idealnego następce na moje miejsce. A poza tym, to ja tu powinienem spytać co robiłaś z Carlosem. - zamarłam.
- Myślałas, że się nie dowiem. Że codziennie czeka pod twoimi drzwiami. Że siedzi przy tobie, kiedy ty śpisz? Otóż oznajmiam Ci , że od dziś już tak nie będzie. - patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczyma. 
- J-jak to? 
- Tak to, koniec dyskusji. A co do Dominca.. nic nie zmienię. 
Zagryzłam wargi i z hukiem wyszłam z pokoju narad. 
Szłam , szłam i szłam przed siebie wkurzona na cały świat. Zmyślilam się i kiedy byłam już na 4 piętrze blisko mojego pokoju , zauważyłam Carlosa.
-Carlos - odwrócił się ze łzami w oczach. Zauważyłam że ma protezę, którą zamówiłam u naszego lekarza familli.
- Ty .. -podbiegł i przytulił mnie zaciskając lekko protezę na mojej głowie. Była to nowo wynaleziona proteza. Połączona bezpośrednio z falami mózgowymi nosiciela. W skrócie- działa jak normalna. Płakał. A ja wraz z nim. Przytuliłam go i uśmiechnęłam się wymuszenie płacząc bardziej. Cholera zauważył to.
- Ej, co jest? Luize? - przytuliłam go bardziej. Kobieto ogarnij się! Nie możesz tak płakać.
- Mój ojciec on się.. i zabronił..
- Wiem. Dlatego poprosiłem go o to, bym został twoim ochroniarzem. Ale muszę spełnić jeden warunek.
- Jaki? - spytałam cicho. Zaśmiał się i poszedł. Ja patrzyłam zdezorientowana na niego. Wkrótce miałam się dowiedzieć co to za warunek.  

#4
Do rozpoczęcia turnieju, w którym nagrodą będę ja, zostało jeszcze 4 dni. Cztery dni wolności i swobody ruchu. Dzisiaj znowu biegałam. Wogule ostatnio biegam. To mi pomaga. Rozluźnia. Skupiam się na tym. Zastanawia mnie to , po co nagle mój ojciec powiadomił świat o moim istnieniu. Wolałam być tą "tajemnicą". Tak nazywają mnie wszyscy, którzy nie wiedzą kim jestem. Bardzo często uważałam,że tak jest najlepiej. I za to wielbiłam ojca. Zapewne, on także to wiedział. Dzisiaj lało. Burza.. - pomyślałam. Nienawidzę burz. Wzięłam misia. Przytulilam go. Czekam. Czekam na jedno stuknięcie o marmur. Na skrzypnięcie drzwi. Ale nic takiego nie następuje. W końcu wyszłam. Uchyliłam lekko drzwi od jego pokoju. Zamarlam. Pieprzył się z jakąś dziewczyną. Jakąś nałożnicą. Zabołalo. Okropnie zabolalo. Przycisnęłam ręce do ust by nie krzknąć. Popatrzył w moją stronę i wyrwał się.
-Luize! Poczekaj to nie tak jak.. - ucieklam i zatrzasnęłam drzwi od swojego pokoju. Płakalam. Okropnie płakałam. A on? 
-Luize, otwórz błagam! Luize! Proszę cie otwórz te cholerne drzwi! Luzie! 
- Odejdź! Nie chce cie znać! Wynoś się! - krzyczałam zapłakana. Nagle usłyszałam szloch. Jego. 
-Luize.. wybacz mi. Ja .. -ucichł. Usłyszałam klucz przekręcany w zamku od mojego pokoju. Płakałam okropnie. Płakałam. Poczulam znajomy chód. To był mój ojciec. Przytulil mnie.
- Nie płacz kochanie. Nie dla takiego śmiecia. - rozplakalam się jeszcze bardziej. A on pocalował mnie w czoło i położył obok. Wtuliłam się w niego. Szlochając zasnęłam.
Obudzilam się rano z czerwonymi oczami od płaczu. On nadal leżał obok. Popatrzyłam na niego. 
- Dzień dobry - powiedział.
- Cześć, tato. - ziewnęlam. Zobaczyłam, że łza cieknie mu po policzku.
- Ej, czemu placzesz? -spytalam zdziwiona . 
- Ja? Nie masz gorączki? Nie majaczysz? - zaśmiałam się. Wrócił mój ojciec. Ten twrady muchacho. 
Nagle ja sama zaczęłam płakać . Przypomniałam sobie wczorajszą scenę. 
- Tato
-Hm? 
- Nie chce go widzieć. Niech trzyma się odemnie z daleka. - uśmiechnał się. 
- Wedle życzenia. Moja księżniczko.
Minęły kolejne 2 dni. Już za niedługo rozpocznie się turniej. Od tamtej nocy nie widziałam Carlosa. Ojciec nagle zaczął przychodzić codziennie do mnie wieczorem i rano. Jakby chciał wynagrodzić, nadrobić te stracone lata. Dziś 13 maja 2045 roku. Jutro są moje 17 urodziny. Zamiast myśleć o imprezie i kogo zaprosić, biegalam. Biegałam cały dzień. Odpoczywałam tylko w trakcie posiłków i na małą przerwę. Znowu zachaczyłam o polanę. Był tam ON i.. nie dość. Weź się w garść. Nie jest wart twoich łez. Nie jest godzien. Tata ma rację. Powinnam usunąć go z mojego życia. Problem w tym, że nie chciałam. Napatrzylam się. Poaptrzylam na MP9. 22:20.  Czas wracać. Pobiegłam z powrotem. Kiedy otworzyłam drzwi od pokoju, zamurowało mnie. Na łóżku leżał kosz róż, a obok list . otworzylam go i zarłam.

#5
Kiedy czytałam list, znowu, znowu i na okrągło wciąż nie dowierzałam temu co widzę. Jak mógł to zrobić?! Wybiegłam z pokoju i dobijałam się do pokoju Carlosa. Otworzył.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś?! No dlaczego wytłumacz się! - wrzeszczałam na niego. Patrzył na mnie zaskoczony.
- O czym mówisz ? Luize.. czy ty -patrzył na mnie i zbliżał się do mnie. Nie! Nie pozwole mu na to!
- Nie zbliżaj się! Odpowiadaj! Ukartował to?! Kazał Ci się rżnąć z tą nałożnicą?! Odpowiadaj o co tu do cholery chodzi?!!! - nadal wrzeszczałam. Byłam wściekła. Patrzyłam. On usiadł. Popatrzył.
- He.. udaje. Że chce naprawić relacje z tobą. Chce abyś gdy nadejdzie czas, posłusznie wyszła za jego kandydata. Kazał mi Cię zranić, abym nie przeszkodził mu w planach. Luize..
- A to?! - pokazałam list -wytłu..
- Luize, zrozum że nie oddam Cię bez walki! Nie oddam Cię nikomu! Nie pozwole by ktoś Cię skrzywdził! Wiem, że to zrobiłem, ale cierpiałem bardziej niż ktokolwiek inny! Luize zrozum ja Cię kocham i chce byś była moja! Będę o Ciebie walczył, w turnieju o TWOJĄ RĘKĘ. - patrzyłam na niego z wielkimi oczyma. Podczas jego wybuchu zbliżył się znacznie do mnie. Był zbyt blisko. Odsunęlam się ale mnie złapał za nagarstek.
- Luize.. -pocałował mnie. A ja mu uległam.
  Obudzilam się rano w jego pokoju. Popatrzyłam na niego. Spał na podłodze. Wzięłam prysznic. Kiedy wyszłam zobaczyłam, że wstał i zakłada Świerza koszule.
- Wiem, że ojciec przeniósł mnie jak najdalej od Ciebie. Poprosiłaś go o to. Dlatego wzięłaś prysznic u mnie? Bo twój pokój jest 6 pięter niżej? -zerknął na mnie. I podał mi swój podkoszulek, który na niego był idealny, a dla mnie był jak sukienka . Wzięłam ją bez słowa i zamknęłan się w łazience. Zdięlam ręcznik i założyłam swoją wypraną bieliznę. Miał ich kilka. Kiedyś często zasypiałam  na jego ramieniu. Potem szybko brałam prysznic i biegłam do siebie. Teraz może to wydawać się , że jest on zboczony. Lecz on nie jest jak inni. Ubrałam jego podkoszulek i zakolanówki. Muszę podrzucić mu parę ciuchów- pomyślałam. Wyszłam a on robił pompki.
- Widzę, że dbasz o siebie. - wymamrotałam. Uśmiechnął się pod nosem.
- Skoro mam o Ciebie walczyć. Muszę chyba o siebie zadbać , prawda? - zaśmiałam się i usiadłam na jego plecach.
- W takim razie podnosimy poprzeczkę do lv hard.
- Kobieto ile ty ważysz ? - spytał, a ja prychnęlam.
- Wystarczająco dużo byś poległ  robiąc te pompki. - zaśmiał się i robił je dalej. Kiedy się podnosił jego łopatki pojawiały się. Dotknęłam ich delikatnie dłonią. Zadrżał.
- Czyżby mój dotyk Cię onieśmielał?- uśmiechnęłam się pod nosem złowieszczo. On prychnąl
- Chciałabyś.
-Chciałabym.
Ostatnim razem kiedy tak spędziłam z nim czas? Gdy miałam 6 lat a on 10.
Teraz mam 16 a on 20. Byłam już w swoim pokoju. I nagle pojawił się ojciec. Wiedziałam, że będę mieć kłopoty. Zamknęłam drzwi.
- Luize Elizabeth Jessico Carrwero, gdzie się podziewałaś? Mam nadzieję, że nie z tym śpieciem Carlosem.
- Dawanie Francisie Carrwero, dlaczego mnie oszukałeś? - po raz pierwszy od.. nigdy miałam go w garści. W swoich szponach. Miałam władzę.
- O czym mówisz , Lizzy? Ja chce tylko naprawić więz..
- Przestań i wynoś się. A jeszcze jedno - zatrzymałam go wściekłego w drzwiach. - Wyjdę za tego, którego pokocham. - trzasnął drzwiami , a ja uśmiechałam się z wielką satysfakcją.
Już za dwa dni moje życie zmieni się w ciągły stres, piekło. Bluza z krzyżem, spodenki, adidasy, zakolanówki, słuchawki. Już wiecie co robię. Biegam. Biegam i biegam. Z tą różnicą, że nie zatrzymałam się jak zawsze przy fontannie. Biegłam dalej. Taka jak codziennie. Ale.. jakby inna. Inna bo podjęłam decyzje. Decyzję, która zmieni moje życie.

#6
- This iż , ponieważ, dlaczego bo nie wiem. Tak brzmi moja odpowiedź na twoje pytanie Sasza.
Tak wiem. Wydaje się to cholernie nie
prawdopodobnie ... żadne. Czemu  z tym gadam? Pfuu.. z nim. Bo nie mam wyboru. Muszę się dowiedzieć kto startuje o moją rękę.
- Co chcesz w zamian? Pieniądze ?
- Nie, chciałbym zrobić to..
Otworzyłam szeroko oczy, kiedy mnie pocałował. Trzesnęłam go z liścia tak, że został mu czerwony ślad na policzku. Uśmiechnął się.
- Tak łatwo Ciebie nie oddam temu przybłędzie Carlosowi i komu innego.
- Oddasz? Chyba w snach Twoich Sasza. Nie i koniec .
Wybiegłam, a on śmiał się. Ja zaraz zabije mojego ojca. Mam dość tych niespodzianek. Wbiegłam do jego biura, gdzie akurat były głowy rodzin, które kandydowały o moją rękę a zarazem kontrakt , który pozwoli im być razem w naszej familii.
- Ty szujo! Jak możesz wystawiać takich snobów, debili jak Sasza i Dominic?! Ty jesteś zdrowy na umyśle?!
- Heh.. widzę, że muszę nauczyć Cię manier moja droga.
- Manier?! Chyba musisz mnie zabić bo ja nie godzę się na takich debili! Oświadczam, że nie wyjdę za nikogo z nich!!
- Luize... opanuj się..
- Opanować? O to patrz co zrobię!
Wyszłam trzaskając drzwiami. Z wielką satysfakcją. Pobiegłam do siebie. Ubrałam bluzę z krzyżem. Wiadomo co zrobię. Zeszłam na dół i zaczęłam biegać. Zamek jest to pierwszy z naszych domów. Rzadko tu przebywamy. Wolimy pałac nad jeziorem Balbe.  Jest piękny, a mój pokój znajduję się na parterze. Uwielbiam tam przebywać. Rano mogę wybiec i biegać po ogrodzie. Ogród to mój azyl, schronienie. Często chowałam się tam przed ojcem, kiedy wrzeszczał na mnie. W wieku 7 lat, rok po śmierci mamy zaczęłam zajmować się ogrodem. Po no już 10 latach mojej troski o niego jest to najpiękniejszy ogród na świecie. Jako, że mieszkamy w Brazylii było to nie łatwe zadanie. Zatrzymałam się. Usiadłam na huśtawce zawieszoną na gałęziach drzewa. Włączyłam "Imossible" i zaczęłam się lekko huśtać. Zasnęłam.
Obudziło mnie szczekanie psa. Rozciągnęłam się i zobaczyłam psa.
- Cześć piesku, co tu robisz?
Zaczęłam go głaskać, a on merdać ogonem. Przewrócił się na plecy. Uklękłam obok niego i zaczęłam głaskać go po brzuchu.
- Grzeczny piesek, kochany piesek. Wstał i zaczął mnie lizać po twarzy.
Zaczęłam się śmiać.
- Przestań  hi hi.
- Gobi! Gobi! Gdzie jesteś Go..
Bawiłam się z nim nadal z psem. Wstałam.
- Co ty na mały maraton piesku?
Zaszczakał. Zaśmiałam się.
- Uznam to za tak.
Zaczęłam biegać, a pies za mną. Biegaliśmy tak 2h , aż w końcu wróciliśmy do ogrodu. Pogłaskalam go.
- Widzę, że Cię polubił.
Zamarłam i przestraszona odwróciłam się w stronę właściciela jak mi się wydaje psa.
- Kim jesteś??
- A przepraszam zapomniałem się przedstawić. Sebastian Westwall. Syn Argona Wstwalla.
- Jesteś kandydatem?
- Tak, nie znam niestety tej biednej dziewczyny. Chociaż bardzo bym chciał. Mogę poznać Twoje imię?
Siedzialam cicho. Przyjżałam mu się bardziej. Jasne blond włosy, zielone oczy jak Carlosale.. Bardziej tajemnicze. Wysoki. Na oko około metra osiemdziesiąt pięć. Szczupły ale dobrze zbudowany. Cera blada, trochę opalona. Nie to co ja. Naturalny miodowy kolor skóry. Ale jako, że często biegał, przebywam na polu była ciemniejsza. Był ubrany w spodnie moro, bluzę z napisem " I will be ur fantasy". Zauważyłam też kolczyki w prawym uchu. On też mnie obserwował.
- Luize Carrwero. Córka Dawana Carrwero.
Zamarł .
- To twój pies?
Pokazałam psa rasy Husky .
- Tak, wabi się Gobi.
- Uwielbiam Husky. Miałam kiedyś Huskiego. Ale kiedy ojciec zabił mamę, kiedy mi już przeszło, zabił Lokiego.
Uśmiechnęlam się. A on podedł bliżej.
- Wiesz, startuje o Twoją rękę. Nie będę miał czasu się nim zajmować. może chciałabyś..
- Naprawdę? tak!
Tak się ucieszyłam, że go przytulilam. Szybko jednak się opanowałam.
- Tak w ogóle, szukają Cię.
- Naprawdę? Która godzina?
- 23:30.
- Matko boska! Muszę iść.. ał!
Potknęłam się i skręciłam kostkę.
Uklęknąl obok mnie i wziął na ramiona.
- C-co robisz?
Spytałam lekko speszona i zdziwona.
- Zaniosę Cię do pokoju. Nieźle się załatwiłaś, ciapku.
Policzki mi zapłonęly.
- Gobi, idziemy.
Pies wstał i ruszył za nami. Niósł mnie pomału. Nic nie mówił. Przyglądnęłam się jego kolczykom w uchu. Jeden był z łańcuchem, reszta pospolita.
- Skąd kolczyki?
Zetknął na nie ciekawie.
- Obaczajasz mnie może z bliska?
- Szczerze?
- Szczerze.
- Tak, wole poznać może przyszłego mojego męża.
Zaśmiał się.
- Nie mam szans, chociaż szczerze, może jakieś małe, skoro mnie oglądasz tak dokładnie.
Zachichotałam.
- To zależy.
- Od czego?
Uśmiechnęłam się i zobaczyłam ojca.
- Skręć w lewo.
- Czemu?
- Proszę.
- No dobrze. AA.. ty wredna kobieto.
Zaśmiał się, kiedy zobaczył mojego ojca.
- No co?
- Nic ,nic.
Ledwo powstrzymał śmiech , kiedy mój ojciec nas zobaczył. Był wściekły. A ja prawie umarlam ze śmiechu.
- Luize.. niech Cię..
- Nie może, skręciłam kostkę.
Sebastianie, mógłbyś zanieść mnie do pokoju?
- Oczywiście, Luize.
Ojciec kipiał ze złości. Kiedy byliśmy już na 4 piętrze przed drzwiami od mojego pokoju. Kiedy zamknął drzwi od mojego pokoju oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Ha ha widziałeś jego minę?
- Albo to jego " że co tu się dzieje?
Śmiałam się jak nigdy. Może znalam go zaledwie parę minut ale dobrze czułam się w jego towarzystwie.
- Odpowiedz mi coś o sobie, coś więcej.
- Hm.. a co chcesz wiedzieć?
- Ile masz lat, Twoje hobby, co lubisz robić no coś co mnie zaintryguje.
Zaśmiał się i uklęknął i ściągnął mi adidasy, zakolanówi. Kiedy je ściągał widziałam, że zaciągnął duży haust powietrza.
- Dotykanie mnie jest aż tak straszne?
Zakaszlał.
- Czemu tak uważasz?
Bandażował mi nogę.
- Bo jesteś strasznie czerwony i oddychasz strasznie szybko.
Uśmiechnęłam się.
- Dziękuję za opiekę. Możesz mi podać ubrania? Są na biurku.
Wstał i podał mi ubrania. Złapał nie za plecy i przytrzymał. Sciagnęłam bluzę i koszulkę . Założyłam nową koszule . reszta poszła już sprawniej. - Dziękuję.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Zaśmiałam się i pokazałam miejsce obok mnie. Usiadł.
- Więc opowiadaj.
- Imię już znasz. Mam 18 lat, kocham srzelać z broni palnej ale broń ręczna także . W wolnym czasie uwielbiam bawić się z Gobim i biegać.
- Ja kocham biegać.
Uśmiechnął się.
- Jak przeżyje to pobiegamy razem.
- Dobrze..
- To dobranoc.
- Dobranoc i dziękuję.
Uśmiechnął się. I tak niemogłam się doczekać kolejnego spotkania z nim.

#7
 Dzisiaj przenieśliśmy się do pałacu. Służący przenieśli moje rzeczy, a ja podreptałam za Solii do mojego pokoju. Cieszyłam się bardzo, że wracamy tutaj. Po drodze zauważyłam Sebastiana.
- Solii zaraz do Ciebie dołącze.
Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się.
- Dobrze, ale wróć o normalnej porze.
- Okey, okay. Sebastian!
Zawołałam, a on odwrócił się w moją stronę z uśmiechem i podszedł.
- Dzień dobry ciapo.
- Dzień dobry .
Uśmiechnęłam się i pokazałam ławkę za drzewami. Była to ławka, gdzie zawsze wieczorem siedziałam z mamą, a ona opowiadała mi niezliczone bajki i baśnie. Dawno tu nie byłam.
- Jak się masz?
Spytał.
- Dobrze, już lepiej. A Ty?
- Szczerze. Fatalnie. Ojciec się na mnie wydarł. Za to trzy dni temu wiesz..
- Przepraszam, moja wina.
- Nie no nie żartuj. Warto było.
Zaśmiałam się.
- Wiesz.. zastanawiam się po co to wszystko? Dlaczego nagle ujawnił moje istnienie światu. Dlaczego zorganizował ten głupi turniej?
- Sam się nad tym zastanawiam. Ale gdyby nie to nigdy byśmy się nie spotkali.się.
- Co racja to racja.Nadal nie odpowiedziałeś na pytanie. Skąd kolczyki?
Zaśmiał się i popatrzył na mnie tymi swoimi oczami. Ledwo się powstrzymałam by nie zatonąć w nich całkowicie.
- Okres buntu, i tak dla szpanu.
- Ja mam tatułaż.
Popatrzył na mnie ze zdziwieniem .
- Niby gdzie?
Uśmiechnęłam się.
- W swoim czasie Sebastianie.
- Ty czwana lisico.
Zaśmiałam się .
- Muszę już iść.
- Nie!
Złapalam go za rękę kiedy wstawał i upadłam na niego. Leżalam na nim na ziemi.
- Ha ha no i co teraz ciapku?
- Ja ci dam ciapku!
Uderzałam go w pierś, a on śmiał się.
I tak minęło całe przed południe.
Dopiero potem miało się okazać , że popełniłam błąd.
Wieczorem noga przestała boleć na tyle, że chodzilam bez kul.
Wzięłam więc prysznic i ubralam się w cieplejsze ubrania. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam Carlosa. Uśmiechnęlam się do niego , a on spojrzał na mnie groźnie. podszedł do mnie , a ja byłam zaskoczona jego zachowaniem.
- Luize..
- O co chodzi, dlaczego jesteś taki wściekły?
- Jeszcze się pytasz? Rozmawialaś z jakimś kurduplem.
- Ten "kurdupel" ma imię. To po pierwsze. Po drugie nie masz prawa mi rozkazywać z kim i kiedy mogę się spotykać i rozmawiać. A po trzecie to tylko znajomy.
- Pff.. znajomy? Nie widzisz jak Cie podrywa? Żałosne.
- Żałosny jesteś Ty kontrolując mnie na każdym kroku. A może jesteś zazdrosny o to, że jest zbliżony wiekiem do mnie?
Uderzył pięścią w ścianę i popatrzył na mnie groźnie. Przestraszyłam się go.
- Nasza rozmowa nie ma dalej sensu. Nie chce Cię widzieć.
Powiedziałam po części wściekła, że Carlos to taki zarozumiały dupek.
On zakląnł pod nosem i poszedł do siebie. Ja szybkim krokiem poszlam do ogrodu. Na ławce niedaleko altanki różanej spał on. Sebastian.
Był skąpo ubrany więc zdjęłam swoją ulubioną bluzę i przykrylam go.
Poszłam spowrotem do pokoju.
Popatrzylam na kalendarz.
Jutro zaczyna się turniej, jutro moje życie zamieni się w koszmar. Ale ja mam pewien AS w rękawie.
I już jutro zaczne po mału go ujawniać.

#8
-Dziś rozpoczyna się turniej o rękę mojej córki. Zasady są proste. Nie ma ich. Wygra jeden. Udanych łowów kandydaci.
Po tym apelu wszyscy rozeszli się na swoje miejsca. Wszyscy byli tak zajęci, że nie zauważyli, że wujcio Gustaw zmienił zawodnika. Uśmiechnął się do mnie a ja odpowiedziałam skiniem głowy.
Pierwszy etap turnieju to bieg. Na 2000 tysiące metrów. Współczułam im. Ale tylko trochę.
- Zawodnicy gotowi?
- Gotowi!
- Start!
Wszyscy ruszyli sprintem, tylko zawodnik Gustawa , którego nazywał X ruszył spokojnym tępem.
- Bardzo dobre posunięcie.. w połowie odcinka powinien przyśpieszyć, a pod koniec ruszyć sprintem. Hm..
Przyglądałam się mu z szczególną dokładnością i ciekawością. Szacowałam jego szanse. Były duże.
- 400 metrów za zawodnikami. Prowadzi Carlos, ostatni jest kandytat X.
Popatrzyłam na Carlosa. Za nim był Sebastian. O nie..
- Sebastian uważaj!
Krzyknęłam z całych sił. Na szęście mnie usłyszał i zdarzył zrobić unik przed ciosem Carlosa. Sebastian podciał  mu nogi i ruszył dalej.
-Cholera!
Wrzasnął Carlos kiedy spadł na 7 miejsce. Pobiegnał najszybciej jak umiał i trafił na 4. Patrzyłam jak Sebastian prowadzi. Nie zmęczył się . Uśmiechnęłam się . Jednak mówił prawdę, że kocha biegać.
- Ostatnie 100 metrów! Prowadzi Sebastian!
Nagle X przyspieszył . Przy 50 metrach ruszył sprintem. Metę przekroczył równo z Sebastianem.
X pogratulował mu a on jemu.
Carlos rzucił się na niego i uderzył go z pięści w twarz. X wspiął się na jego plecy , nogami objął jego głowę i przewrócił go.
Carlos przeklął i wrzasnął.
- Ona jest moja! Nie oddam Ci jej szczeniaku!
- Nie jest Twoją własnością! Ani Twoją ani jej ojca - NIKOGO! Jest człowiekiem, a nie rzeczą, którą można sobie przywłaszczyć. To do niej powinien należeć wybórb!
Patrzyłam na niego z wielkimi oczyma. Doskonale słyszalam to co powiedział. Każdy z zawodników miał wszczepiony mikrofon . On miał go w kolczyku. Carlos wyrwał się i już miał go zaatakować kiedy..
- L-luize...
- Dosyć.
Stałam przed Sebastianem. Zasłonilam go sobą.
- Odsuń się. Luize...
-Nie..
- Luize..
Jego wzrok załagodniał, kiedy pozwoliłam mu się dotknąć w policzek. Szybko jednak odepchnęłam jego dłoń .
- Jeżeli jeszcze raz tak wybuchniesz, lub będziesz próbował takich sztuczek nigdy nie odezwę się do Ciebie, nie pozwole się tknąć a co gorsza dla Ciebie.. pocałować.
Zamarł i zaklnął pod nosem.
- Ale..
- Nie ma ale, zrozumiałeś?
- Tak..
- Cieszę się. To dotyczy wszystkich.
Popatrzyłam na resztę zawodników, którzy patrzyli się na mnie jak w obrazek. Kiwnęli głowami na tak.
Zabrałam Sebastiana i opatrzylam mu ranę.
- Dziękuję.
Powiedzałam i odeszłam. On powiedział tylko :
- Luize..

#9
- Zastanawiało mnie co by było, gdyby wygrał taki Dominic.
- Kobieto wypluj te słowa. Ta świnia nie ma prawa wygrać to samo Sasza.
- Myślisz, że by to go obchodziło? On nie ma za grosz uczuć.
- Niby tak ale zważ na to, że to co zrobiłaś z tym jak mu tam..
- Sebastianem?
- O właśnie Sebastianem, strasznie go wyprowadziło z równowagi. A to zdarza się rzadko.
- Hm.. może i tak ale po co organizować takie coś?
- Ja nie wiem, ale powinien to odwołać.
- Bo co? Bo powołałam do porządku wszystkich zawodników?
- He he tak, między innymi.
- Heh.. mam tego dość. Właściwie to  ten Sebastian jest bardzo um.. szlachetny.
- Nadal rozmyślasz nad jego słowami? Poczerwieniałam.
- T-tak.. on jest.. jest pierwszą osobą, która mnie tak ..
- Broni? Która nie traktóje Cię jak rzecz, swoją własność?
- Która chciałaby widzieć tak piękną dziewczynę codziennie uśmiechającą się i rumiejaca się na jejgo widok?
Odwróciłam się napięcie i poczerwieniałam jeszcze bardziej kiedy wszedł do altany.
- Długo tu tak stoisz?
- Wystarczająco długo.
Uśmiechnął się. I usiadł obok mnie.
- Nie wiesz może ..
- Chciałabym... chciałabym wiedzieć, czemu to powiedziałeś.
Zgłupiał.
- Że co proszę?
- No eh.. Um.. nic , nic już. Solii idziemy.
Złapał mnie za rękę.
- Bo nikt nie ma prawa traktować kobiety jak jakąś rzecz, pośmiewisko. Kobieta to ta jedyna istota , która zasługuje na szczególny szacunek, traktowanie na... na miłość. Luize ja..
Zabrałam rękę i szybko wybiegłam z altany. Przed wejściem do mojego pokoju na huśtawce zauważyłam swoją bluzę z listem. Wzięłam oba.
Położyłam się na łóżku i powąchałam bluzę. Jego zapach. Otworzyłam i przeczytałam list. Poczerwieniałam i schowałam do komody.  Patrzyłam na huśtawkę. Wyobraziłam sobie coś co wkrótce miało się spełnić. I tak marząc zasnęłam.
Dzisiaj jest drugi etap. Całą noc przespałam. Co nie zawsze się zdarza. Rano spotkałam Carlosa i pogodziłam się z nim. Heh... pocałował mnie a ja nie wiem czemu nie potrafiłam mu już uledz. Potem spotakałam się z wujkiem Gustawem.
Na sam koniec zauważyłam Solii. Przegadałyśmy w ogrodzie dobre bitych kilka godzin. Była moją najlepszą przyjaciółką .
Rozmawiałyśmy o chłopcach kiedy zjawił się Gobi. Pogłaskałyśmy go.
- Pewnie znowu mu uciekł.
- Często to robi?
- Tak i zawsze biegnie do mnie .
Uśmiechnęłam się.
- Czas już na mnie. Drugi etap się zaczyna.
- To ja go popilnuje.
Uśmiechnęłam się i poszłam.
Zaśmiałam się , kiedy zobaczyłam jak Carlos przegrał z Olivierem. Kolejnym kandydatem. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się szeroko. Udawanie. Odwróciłam wzrok w poszukiwaniu jego. Jest. Wygrał wszystkie walki. Popatrzył na mnie w tym momencie, kiedy przyglądałam się jego klacie bez koszuli. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył jak się czerwienie. Drugi etap polegał na czymś co faceci kochają. W skrócie - sztuki walki. Sebastian jak zauważyłam uwielbiał kung- fu, karate i boks . Prawdę mówiąc nie mogłam przestać na niego patrzeć. Nagle poczułam znajomy dotyk na ramieniu, potem na policzku , a potem na talii . I nagle pocałunek. To był Dominic! Ta szuja! Próbowałam się uwolnić ale on był silniejszy. A mój ojciec? Uśmiechał się pod nosem . Nagle usłyszałam krzyk.
- Luize!
Chciałam się odwrócić ale nie mogłam. Dominic przełożył mnie sobie na ramię i zabrał. Wiedziałam gdzie.
- Szesnasta osiem!
Krzyknęłam. Zrozumiał. Był przed nim uderzył go z całej siły, zanim upadł złapał mnie i czule na mnie spojarzał.
- Nic Ci nie jest?! Wszystko wporzątku?!
Popatrzyłam na niego przestraszona i kiwnęłam głową na tak. Przytuliłam go i po raz pierwszy od dawna płakałam. Płakałam przy osobie, przy której czułam się bezpieczna. Płakałam, bo chciałam by ze mną został.
Następnego dnia obudziłam się w swoim pokoju. I byłam lekko zszokowana. Spał obok. Jak kamień, a jednocześnie jak dziecko. Wczoraj nie chciał mnie zostawić. Bał się, że znowu ktoś spróbuje mnie skrzywdzić. Zauwarzyłam na jego piersi coś, czego nie zauwarzyłam wcześniej. Blizna od prawego ramienia do brzucha. Przejechałam po niej delikatnie ręką. Złapał ją nagle a ja się przestraszyłam.
- Wiedziałem, że mnie obczajasz ale że aż tak ,to bym nie pomyślał.
Zaśmiał się .
- J-ja.. t-to nie tak jak myślisz!
On wstał wciąż trzymając mnie za rękę i popatrzył na mnie wzrokiem, w którym aż isrzyły się słowa typu :
" Najchętniej brał bym Cię tu i teraz"
Poczerwieniałam jeszcze bardziej. Przerastało mnie to. Wychowana w śród facetów nigdy nie byłam tak skrępowana jak przy nim. Ale wracając. Patrzył na mnie tym wzrokiem . W końcu nie wytrzymałam i pocałowałam go .
On zaskoczony moją reakcją ale nadal przy rozumie, objął moje plecy i przewrócił na łóżko. Miałam gdzieś co pomyślą inni. Marzyłam o tym od pierwszego dnia naszego spotkania.
                 *  *  *  *
Nie mogłem się oprzeć. W końcu odwzajemniłem jej pocałunek i rozpinałem po mału guziki od jej koszuli. Była taka jak się domyślałem. Idealne kształty, figura . Była śliczna. Objęła moją szyję a ja na granicy wytrzymałości , ledwo się powstrzymałem. Matko co ja robię! Dość! Przerwałem pocałunek i wyrwałem się z jej  objęć. W jej oczach malował się smutek i ból. Cholera! Coś Ty zrobił pacanie! Przewróciła się na bok i przykryła.
- Ja.. Luize ja chce Cię, pragnę, pożądam ale..
- Rozumiem to. dlatego, że mam 17 lat? Czy dlatego, że jestem nagrodą? Wyjdź. Nie chce już nikogo widzieć.
- Luzie... błagam..
- Wyjdź.
Usłyszałem, że szlocha. Cholera jasna! Nie. Zostałem i przytuliłem ją. Na początku się miotała i mamrotała pod nosem jaki to jestem zarozumiały i uparty ale w końcu zasnęła. Uśmiechnąłem się. Jutro kolejna próba. Tej , w której odpadnę. Próba wstyd przyznać, taneczna. Ale jeden mały problem - nie umiem tańczyć.
Czyżby to miałi być moje ostatnie spotkanie z nią? Zamarłem.
Zastanawiało mnie to jak bardzo mogłem się posunąć do tego, że zacząłem spać przed jej pokojem. Na moje szczęśnie jeszcze się o tym nie dowiedziała. Wstalem rano i poszedłem do siebie wsiąść prysznic. Ubrałem się i zacząłem biegać. Ogród był piękny. Nie mogę w to uwierzyć, że Luize stworzyła coś tak pięknego. Ale w końcu to ona. Zaśmiałem się pod nosem i przyspieszyłem. Okrążyłem jezioro trzy razy. Wróciłem i umyłem się znowu. Dopiero teraz zauważyłem, że brakuje mi kolczyka z mikrofonem. O co tu chodzi? Popatrzyłem na Gobiego. Merdał tym swoim szarawym ogonem.
- Cześć brachu, jak tam?
Zaszczekał i wybiegł.
- No nie znowu? Gobi!
Pobiegłem za nim . Zatrzymałem się w miejscu. Siedziała na huśtawce i śpiewała. Jej głos był cudny. Chciałem jej słuchać cały czas. Przerwała kiedy Gobi do niej podbiegł. Usmiechnęła się.
- Jak tam taneczny kochasiu?
Szag by ją. Podczas próby każdy z nas tańczył... znią. Była piękna. Ubrana w suknię z jedwabiu w kolorze ametystu. Na jej plecach ciągnęło się koronkowe dokończenie sukni. Jej szklane buty na obcasie nie podebtały nikogo. Jest świetną tancerką. Za to ona cierpiała prawie ze wszystkimi .Deptali ją jak opętani, zresztą... ja nie byłem lepszy. Podrapałem się za głowę.
- Wiesz.. wciąż jestem pod wrażeniem twojej urody tej pamiętnej próby.
Zaśmiała się.
- Wcale nie tańczysz tak źle, a po za tym, najlepiej czułam się w twoim towarzystwie. Było mi ciepło jak objąłęś moją talię.
Poczerwieniała.
- Wiesz .. nikt tego nie zrobił więc..
Wstała a ja usiadłem na huśtawce, a ona na moich kolanach . Położyła głowę na moim ramieniu i zaczęła śpiewać. Byłem w siódmym niebie. Zobaczyłem Solii w jej pokoju. Prawie rychłem śmiechem kiedy coś getstukulowała. Po chwili spojrzałem na nią i na Luize. Już wiedziałem. Pocałowałem ją. Teraz już wiem. Kocham ją. I muszę wygrać ten cholerny turniej.

#9.5
Moje życie drastycznie się zmieniło... przez ostatnie 4 miesiące walczyli o moje względy. Te całe próby... ale czas ujawnić prawdę. Kim tak naprawdę jest X, co tak naprawdę czuje , z kim chce być.
Odpowiedź jest prosta.. i czas ją wyjawić mojemu ojcu, zawodnikom, Sebastianowi...
Mam dość traktowania mnie jak psa, przekazywania mnie z rąk do rąk. Mam dość i czas zniszczyć ich wszystkich. Wścielić MÓJ PLAN w życie - w ich życie. I co najważniejsze... zniszczyć mojego ojca.

Nadlatywała kula. A on patrzył z wielkimi oczyma.
- Dobranoc tatuśku.
Jednak ktoś go zasłunił - Dominic. Szkoda go miałam zlikwidować później.
- Heh co za strata, zastanawiałam się kiedy do Ciebie dotrze, że jestem taka gorsza niż Ty? A no tak, jak Cie już ukatrupie. Pytasz czemu?
Patrzyłam na niego, wstał i wyciągnął broń. Przewróciłam oczami i strzeliłam mu w dłoń, a on upuścił spluwę.
- Cichutko, wiem jak to boli, ale teraz czas na wyjaśnienia. Otórz zastanawiasz się dlaczego? Już tłumaczę, nie tylko ja cię nienawidzę z całego serca - Gustaw, La Delina, i bonus - X.
- Co Ty gadasz? Przeciw X to tylko zawodnik, który..
- X to Twoja córka.
- Co? O czym Ty gadasz dziecko?
- O mojej bliźniaczce, ot co zatkało . Mówilam Ci, że ten plan wypali, siosto?
Uśmiechnęłam się, a ona zdjęła maskę.
- Dobra, zwracam honor, chociaż zastanawia mnie, czemu tak późno?
- Musiałam go znieczulić , sama przecież o tym wiesz.
- Heh.. szkoda tylko Carlosa i Sebastiana.
- Spokojna głowa, wiesz co trzeba zrobić.
- AJ, AJ pani Generał.
Poszła, a ja z uśmiechem patrzylam na oszołomionego ojca.
- Dziecko o co tu..
- Chodzi? Mała zemsta za lata w więzieniu , a tak na marginesie.. -strzeliłam do Sashy. - jak można być takim debilem i nie zauważyć braków? Ważnych braków. No a teraz do konkretów. Na miarę przyznanego mi przez matkę naturę geniuszu prezentuje tę o to niecny plan. Zaraz zginiesz to pewne, ale najpierw zabiorę to co mi się należy - szacunek, władzę i zemstę.
Wstał więc strzeliłam mu w nogę.
- Siedź i słuchaj, to koniec, wygrałam, przejmuje stery tatuśku, a Ty idziesz w niepamięć. Tak jak ona i on. Dlatego ją zabileś? Bo była dla ciebie zagrożeniem? Tak. Dlatego ja robię to - a właściwie dokańczam- co zaczęła. Dobranoc, tato.
Strzeliłam mu w pierś i odeszłam. Po paru chwilach dołączyłam do mojej siostry, która uporała się już z robotą.
- Będą pamiętać?
- Nie usunęłam wszystkim pamięć, odnośnie zawodów o naszego ojca i wpletłam nowe o nas.
- Dobra, czas na końcowy detal.
Zaśmiałyśmy się.
- Wypuść go.
- Ta jest, pani kapitan.
Po chwili wszystko spowił mork. A my patrzyłyśmy mu w oczy.
- Dobrze się spisałyście, gratuluje.
- Zamknij się i słuchaj..
Po paru chwilach zniknął i zrobił to co mu kazałyśmy. Wrócił.
- A co z moją nagrodą?
Dałam mu moją rękę. On zaśmiał się szaleńczo.
- To będzie dla mnie zaszczyt..
Wniknął we mnie a na mojej ręce i brzuchu powstała blizna z różnymi runami. Uśmiechnęłam się.
- O Królowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz