PROLOG
Hularbur, Królestwo Czarownic, 1368 rok
-Mamo! -krzyczałam. Palili ją. Palili żywcem. Ona cierpi. Ona ginie. Ja ją trace.
- Uciekaj! Alando uciekaj! AA...! -nie chciałam jej słuchać. Chciałam zostać. Usłuchałam. Biegłam. Biegłam. Upadłam. Wstaje, ruszam dalej. Gonią mnie. Cholerni łowcy. Biegłam. Dom. Chata. Drzewo. Tak to jest to. Biegnie szybciej. Szept. Mama. To mama. Mówi - La casua me dorno ekspato GA sure. Ne milo na azgur GA emon. Kataho. (<- Niech Ci którzy to robią, niech dosięgnie ich ma klątwa. Jedna z nas pomści wszystkie. To wy umrzecie. My przetrwamy. Niech dorwie was śmierć) Zaklęcie. Rzuca klątwę. Drzewo. Wchodzę. Nadal gonią. Chowam się za korą Damashu.
- En he alo ka eso nabule. (<- Cienia czas, nocy czas, moja siostro czas już wstać ). Klon biegnie. Gonią go. Udało się. Wchodzę na drzewo. Wyjmuje księgę. Torbę. Pakuje ją. Jestem ostatnia. Muszę przetrwać. Muszę stać się najsilniejsza. Silniejsza nawet od mamy. Nawet od najpotężniejszej. Od mamy. Księgi. Zwoje. Zabieram. Pakuje. Nie mieszczą się. Zaklęcie zmniejszające.
- Arht de simile ta mo. -udało się. Pakuje. Sprawdzam. Czysto. Zamykam oczy. Myślę.
- Wiem! Królestwo zabójców. Góry Ashelon. Skupiam się. Moja misja. Stać się silniejsza. Nie . Najsilniejsza. Moja misja, cel. Pomścić nas wszystkie.
#1
Patrzył na mnie. Zakrwawiona twarz . Obite , połamane żebra. Patrzył, śmiał się. Zaklęcie uzdrawiające. Otwieram usta.
- Ani mi się waż jakichkowiek sztuczek młoda czarownico. Wiem, że w tej torbie masz cenne księgi. Wyj..
- Tylko ja mogę ich dotykać. Kto kolwiek inny dotknie świętych ksiąg , nie oszukujmy się - zginie w wielkich cierpieniach.
- Jesteś ostatnia prawda? Wyrżneli was wszystkie? Nawet najpotężniejszą. Jak na 400lat oblężenia, dość niezły wynik obronny. Ale bądźmy szczerzy - wasze zdolności, czary, one was ratowały. - I miał racje. Nasze zdolności, długowieczność, czary, zaklęcia. To one utrzymywały nas przy życiu przez wieki i stulecia oblężenia naszego królestwa. Zaproponuj. Tak to jest to.
- W zamian za wyszkolenie, pokój, wyżywienie, oferuje moje zdolności i czary, oferuje tobie Królu Azazelu, wierną Ci służbę.
- Czarownica jako mój żołnierz? - uśmiechnął się. Wstanął. Podszedł do mnie. Objął dłońmi moja zakrwawiona twarz. - Witaj w domu, czarownico.
Death eyes - stolica, Królestwo zabójców, 13 lat później
Od mojego przybycia tu, zamieszkania minęło 13 lat. Czarownice może są potężne ze swoimi czarami i zdolnościami. Ale kiedy przyjdzie im walczyć wręcz. Są bezsilne. To znaczy były . Od czasu wielkiej rzezi. Jesteś ostatnia, tylko ty możesz przywrócić świętość naszego Królestwa. Ta myśl motywowała mnie do walki, motywowała moją duszę. Motywowała mnie samą. Byłam, to znaczy jestem inna niż mój gatunek. Zabijam. Zabijam z zimną krwią. Umiem się obronić. Ale moje ofiary nie. Zgodnie z warunkami , które uzgodniłam z królem - zapewnił mi pokój , żywność i za co jestem mu najbardziej wdzięczna - wyszkolenie i materiały potrzebne do eliksirów. Prawdę mówiąc, obyło by się to bez tego - bez mikstur, ale wolałam nie ujawniać, że jestem pełnej krwi czarownicą. Większość z nas to mieszańce. Ja nie. Ostatnia. Westchnęłam.
- Co tam młoda? Nadal się zastanawiasz kto będzie tatuśkiem małej czarownicy?
- Nie ,może po prostu chce być sama?
- Wyczułaś mnie?
- Tak, mnie nie oszukasz. - prawda jest inna. David był inny. Z pośród wszystkich tylko jego nie mogłam wyczuć. I to mnie przerażało. Jako ostatnia z gatunku, musiałam urodzić następce, musiałam zepewnić ciągłość rodu. Zapobiec całkowitemu wymarciu mojego gatunku. Jak na razie miałam 19 lat. Mało ,baaardzo mało jak na czarownice. Żyjemy długo. Bardzo długo. Wracając . David to syn Azazela. Inaczej - książę. Jako mała zaledwie 6 letnia dziewczyna uczylam się z nim. Czarownice dojrzewają umysłowo bardzo szybko. Eh.. szczerze? David podobał się każdej w królestwie. Ale mnie nie. Miałam przeczucie, że mu się podobam. Ilekroć ze mną przebywał zwracał uwagę tylko na mnie, resztę adoratorek zlewał. Może dlatego , że sama go zlewam?
- Ej? Właściwie nigdy nie powiedziałaś jak masz na imię. - zerknęłam. Właściwie miał rację.
- Alanda. Teoretycznie miałam mieć Kassiopeia ale mama się nie zgodziła.
- Co właściwie się z nią stało?
Zacisnęlam ręce w pięści. Nie powinnam odpowiadać ale dlaczego nie podzielić się z tym kimś, kto też starcia matkę?
- Spłonęła na stosie. Spalili ją.
Zamarł. Jego matka zmarła po jego narodzinach. Tak powiedział Azazel. Czułam, że mówi prawdę. To jedna z moich z moich zdolności - wyczuwam kłamstwo.
- P-przykro mi naprawdę. Pewnie Cię kochała . - Naprawdę było mu przykro. A ja? A ja czułam, że zaraz pęknie skorupa , zburzy się mur, który stworzyłam lata temu. By przetrwać. Otarłam szybko łzy z twarzy.
- Tak. Kochała najbardziej na świecie. Ale jej ostatnie słowa to nie było kocham Cię..
W głowie znowu powracał mi obraz tamtej nocy. Jej słowa.. Uciekaj! Uciekaj Alando!.
- A potem krzyk. No ale nic nie poradzę. Stało się i się nie od stanie. Co ty na mały turniej biegania?
Zaśmiał się i uśmiechnął . Przytulia mnie w tym momencie , kiedy wychodził jego ojciec. Zamarłam i stanęłam na baczność. David nadal trzymał ręce na moich plecach. Azazel popatrzył na mnie gniewnie.
- David.. wytłumaczysz mi co wyrabiasz z czarownicą?
David zmarszczył brwi , przyciągnął mnie objął mocno i pocałował. Otworzyłam szeroko oczy. Azazel patrzył gniewnie.
- David! Natychmiast przestań!
Przestał ale za to szepnał mi coś na ucho.
- Marzyłem o tym od kąd Cię poznałem. Ale Ty nie dostrzegałaś tego. Nie dostrzegałaś tego, że Cie
- Przestań! - odepchnęłam go . Patrzył na mnie. Wiedział, że przecholował. Azazel uśmiechnął się. Wiedział, nie chciał dopóścić do jego wyznania. Nadal nie wiem o co mu chodziło- Davidowi. Ale wiedziałam, że Azazel nie chciał bym bardziej się pogrążyła w cierpieniu. On wiedział co przeszłam. Miał uczucia, ale ich nie okazywał.
- Alando odejdź.
Ukłoniłam się i poszłam, nawet nie patrząc na Davida.
Obudziłam się rano. Wciąż czulam jego ręce na plecach. To mnie przerażalo. Ubrałam się. Zeszłam na dół. Widzę go. Zauważył mnie. Uśmiechnął się. Odwracam wzrok. Nagle się uśmiecham. Stoi za mną, i wygłupia się.
- Co robisz?
- Popatrz na mnie to się dowiesz.
Usmiechnelam się i popatrzyłam. Miał wąsy z pora, kapelusz z arbuza i ogórki na oczach. Zaśmiałam się. Uśmiechnął się i odedchnął z ulgą.
Śmiałam się jeszcze bardziej kiedy się poślizgnął i upadł.
- Ha ha ..
Śmiałam się jak nigdy przedtem. On wyszczerzył oczy. Uśmiechnął się i wstał poobijany. Zauważyłam, że ledwo stoi.
- Cholera, chyba ..
Posdziłam go na krześle i objęłam jego kostkę rękoma. Zamknęłam oczy.
- La azu me da sinicole pres. - otworzyłam oczy i wstałam.
- N-nie boli. Jak to zrobiłaś?
- Zaklęcie uzdrawiające.
Uśmiechnęłam się i poszłam. Poszłam mając wątpliwości czy dobrze robię. Odzyskując uczucia.
#2
- Mianowicie co masz na myśli?
Zapytałam łamiąc kark strażnikowi.
- To jest to Twoje "nie zwracaj uwagi???" No to mniej mnie w opiece Darino za taką informacje.
Poderżnął kolejnemu gardło a ja przeszyłam 4 strzałą.
- Oj no nie bądź jak stara babcia David.
Wbiłam sztylet strażnikowi za mną w czaszkę.
- Dawno tak się nie rozerwałam. Ty z resztą wyszedłeś z wprawy .. staruszku.
Zaśmiałam się a on przeciął na pól ostatniego z wrogów. Prychnął.
- Po prostu czujesz się zagrożona z mojej strony.
- Hal ermur. Ha ha, chciałbyś pięknisiu.
Wszystkie bronie wróciły do nas. Jedyny plus bycia magicznie uzdolnionym? Zero śladów. Teoretycznie. Kiedy miałam już pozbyć się ciał, zauważyłam tatułaż. Zamarłam. Zatkałam usta by nie krzyknąć. Byłam przerażona.
-Alando?
Nie wytrzymałam. Złapałam go za rękę z całej siły.
- Wracamy..
- Alando, ale musimy..
-Powiedziałam wracamy!
Spaliłam ciała i teleportowałam nas.
- Szybko wam poszło, gdzie jest..
- Nigdy więcej nie wysyłaj mnie z Davidem. Nigdy!
Wyszłam trzaskając drzwiami. Azazel poptrzył na syna.
- Zabiliśmy wszystkich , kiedy miała już pozbyć się ciał, nagle zamarła. Zobaczyła coś na ręcę jednego z nich.
- Co to było?
- Nie wiem, jakiś chyba tatułaż.
-Jaki tatułaż??
Chyba, człowiekiem, siedzącym na wilku. Tato? Czy coś..
- Od dziś nie będziesz się widywał z Alandą. To postanowione.
-Co?! Nie masz..
- Mam prawo , jeżeli chodzi o Twoje życie i bezpieczeństwo.
- Masz powód , zupełnie inny.
- Masz rację. Lepiej daj jej teraz spokój. Bo ona nie będzie jak dawniej.
- Idę z nią porozmawiać..
- Nie, nie chcesz chyba by cierpiała, prawda?
- Tak, ale..
- Więc daj jej spokój. Na razie.
- Dobrze, ojcze
Zapytałam łamiąc kark strażnikowi.
- To jest to Twoje "nie zwracaj uwagi???" No to mniej mnie w opiece Darino za taką informacje.
Poderżnął kolejnemu gardło a ja przeszyłam 4 strzałą.
- Oj no nie bądź jak stara babcia David.
Wbiłam sztylet strażnikowi za mną w czaszkę.
- Dawno tak się nie rozerwałam. Ty z resztą wyszedłeś z wprawy .. staruszku.
Zaśmiałam się a on przeciął na pól ostatniego z wrogów. Prychnął.
- Po prostu czujesz się zagrożona z mojej strony.
- Hal ermur. Ha ha, chciałbyś pięknisiu.
Wszystkie bronie wróciły do nas. Jedyny plus bycia magicznie uzdolnionym? Zero śladów. Teoretycznie. Kiedy miałam już pozbyć się ciał, zauważyłam tatułaż. Zamarłam. Zatkałam usta by nie krzyknąć. Byłam przerażona.
-Alando?
Nie wytrzymałam. Złapałam go za rękę z całej siły.
- Wracamy..
- Alando, ale musimy..
-Powiedziałam wracamy!
Spaliłam ciała i teleportowałam nas.
- Szybko wam poszło, gdzie jest..
- Nigdy więcej nie wysyłaj mnie z Davidem. Nigdy!
Wyszłam trzaskając drzwiami. Azazel poptrzył na syna.
- Zabiliśmy wszystkich , kiedy miała już pozbyć się ciał, nagle zamarła. Zobaczyła coś na ręcę jednego z nich.
- Co to było?
- Nie wiem, jakiś chyba tatułaż.
-Jaki tatułaż??
Chyba, człowiekiem, siedzącym na wilku. Tato? Czy coś..
- Od dziś nie będziesz się widywał z Alandą. To postanowione.
-Co?! Nie masz..
- Mam prawo , jeżeli chodzi o Twoje życie i bezpieczeństwo.
- Masz powód , zupełnie inny.
- Masz rację. Lepiej daj jej teraz spokój. Bo ona nie będzie jak dawniej.
- Idę z nią porozmawiać..
- Nie, nie chcesz chyba by cierpiała, prawda?
- Tak, ale..
- Więc daj jej spokój. Na razie.
- Dobrze, ojcze
Samarde, Las w Królestwie Czarownic, 1400 rok
Od tamtego dnia nie widziałam Davida. Chciałabym chociaż wiedzieć co u niego. W ciągu tych 6 lat nie zaglądałam do Królestwa Azazela.
W tym dniu zniknęłam z życia Davida, Azazela i reszty. Ważniejsza stała się zemsta. Wróciłam do mojego prawdziwego domu. Niegdyś ten las zamieszkiwały przeróżne magiczne stworzenia - nimfy, wróżki, leśne rozrabiaki i wiele innych. Tęsknie za nimi. To było moje dzieciństwo. Magia, las, stworzenia , mama. To wystarczyło mi do szczęścia.
Wystarczyło. Mieszkałam w chacie. Na drzewie. My czarownice kochałyśmy życie nad ziemią. Uwielbiałyśmy tańczyć wraz z drzewami. Teraz zapadły w głęboki sen. Brakuje mi tego. Usłyszałam trzask gałęzi. A więc nadal myślą, że ktoś przeżył. Byli pode mną.
- Ten las jest przeklęty. Po co tu jesteśmy?
- Dobrze wiesz. One na pewno przeżyły. Tak to nasi bliscy nie popełniali by samobójstwa, morderstwa czy siedzenia w lochach.
Przewröciłam oczami i poderżnęłam im gardła. Spaliłam ciała.
- Wiecie, trzeba było siedzieć w własnym kraju. Teraz klątwa przybierze krwawe rzniwo.
Poruszyłam barkiem, gdzie wydniała blizna w kształcie smoka. Popatrzylam w korony drzew.
- Kiedy łowcy zostaną wyrżnięci tak jak my. Nasze królestwo odrodzi się , a istoty , które zamieszkiwały tę karainę.. powrócą do swojego domu. Powrócą w raz ze mną.
#3
W tym dniu zniknęłam z życia Davida, Azazela i reszty. Ważniejsza stała się zemsta. Wróciłam do mojego prawdziwego domu. Niegdyś ten las zamieszkiwały przeróżne magiczne stworzenia - nimfy, wróżki, leśne rozrabiaki i wiele innych. Tęsknie za nimi. To było moje dzieciństwo. Magia, las, stworzenia , mama. To wystarczyło mi do szczęścia.
Wystarczyło. Mieszkałam w chacie. Na drzewie. My czarownice kochałyśmy życie nad ziemią. Uwielbiałyśmy tańczyć wraz z drzewami. Teraz zapadły w głęboki sen. Brakuje mi tego. Usłyszałam trzask gałęzi. A więc nadal myślą, że ktoś przeżył. Byli pode mną.
- Ten las jest przeklęty. Po co tu jesteśmy?
- Dobrze wiesz. One na pewno przeżyły. Tak to nasi bliscy nie popełniali by samobójstwa, morderstwa czy siedzenia w lochach.
Przewröciłam oczami i poderżnęłam im gardła. Spaliłam ciała.
- Wiecie, trzeba było siedzieć w własnym kraju. Teraz klątwa przybierze krwawe rzniwo.
Poruszyłam barkiem, gdzie wydniała blizna w kształcie smoka. Popatrzylam w korony drzew.
- Kiedy łowcy zostaną wyrżnięci tak jak my. Nasze królestwo odrodzi się , a istoty , które zamieszkiwały tę karainę.. powrócą do swojego domu. Powrócą w raz ze mną.
#3
Colvorio, Granica królestwa łowców, 1404 rok
Szłam przez ulice miasta granicznego łowców. Po co tu jestem? Zasiać ziarno niezgody w śród ludu. Chce by byli przerażeni do tego stopnia, aby się wynieśli. Na dobre. Nagle usłyszałam znajomy głos. To był ON. Ten , który zabił nas wszystkie, wydał rozkaz. Dawniej książę, teraz król. Stanęłam w cieniu i oparłam się o mur, słuchałam z niedowierzaniem . Nagle z karety wyszedł on i -i jego syn. Wpatrywałam się w niego z pod kaptura swojego czarnego płaszcza. Był.. był przystojny. Krótkie czarne włosy, wysoki, umięśniony. Piwne oczy, nie jak ojciec - błekitne.
Ale to był wróg, nawet jeśli był przystojny i wpadł mi - jak to się mówi w "oko" to nie miał prawa zaistnieć w moim życiu. Przysłuchiwałam się ich rozmowie.
- Jak to nie wrócili?
- Normlanie Panie, nie ma ich od czterech lat.
Hoho ale król martwi się o swoich ludzi. Cztery lata minęły od "wypadku" a on dopiero teraz tu przyjechał. PF... żałosne. Uderzył jednego ze strażników. Kolejnie żałosne posunięcie.
- I żaden nie ruszył za nimi?! Jeżeli one żyją trzeba je wyplenić! Zakończyć tą paranoje naszego ludu!
Zaśmiałam się,a oni popatrzyli na mnie.
- A ty z czego się tak śmiejesz?!
- To proste królu Semigalu. Oczywiście, że one żyją.
- Skąd to wiesz?
- Wiesz Panie, szlam jak codzień do lasu po zioła by zrobić maść dla jednego z chorych mieszkańców. Gdy nagle ujrzałam kobietę, która płonęła ogniem. Zaraz pędem wybiegłam z lasu. Ot co powineneś coś z tym zrobić, a teraz wybacz ale muszę zająć się poobijanym chłopcem.
Książe szepnął do strażnika.
- Kto to?
- Sarah , nasza zielarka. Dzięki niej wszyscy czujemy się bezpieczniej.
Książę popatrzył na mnie w tym momencie, w którym wiatr strącił mi kaptur z głowy i otworzył szeroko oczy. Szlam dalej. Król był już w pałacu a książę stał i patrzył się na mnie.
- Piękna...
- To prawda. Jest obiektem westchniej każdego mężczyzny.
- Gdzie mieszka?
- Zaprowadze Cię Panie.
- Mów mi Dorian
- Dobrze, Dorianie, chodź za mną.
Ale to był wróg, nawet jeśli był przystojny i wpadł mi - jak to się mówi w "oko" to nie miał prawa zaistnieć w moim życiu. Przysłuchiwałam się ich rozmowie.
- Jak to nie wrócili?
- Normlanie Panie, nie ma ich od czterech lat.
Hoho ale król martwi się o swoich ludzi. Cztery lata minęły od "wypadku" a on dopiero teraz tu przyjechał. PF... żałosne. Uderzył jednego ze strażników. Kolejnie żałosne posunięcie.
- I żaden nie ruszył za nimi?! Jeżeli one żyją trzeba je wyplenić! Zakończyć tą paranoje naszego ludu!
Zaśmiałam się,a oni popatrzyli na mnie.
- A ty z czego się tak śmiejesz?!
- To proste królu Semigalu. Oczywiście, że one żyją.
- Skąd to wiesz?
- Wiesz Panie, szlam jak codzień do lasu po zioła by zrobić maść dla jednego z chorych mieszkańców. Gdy nagle ujrzałam kobietę, która płonęła ogniem. Zaraz pędem wybiegłam z lasu. Ot co powineneś coś z tym zrobić, a teraz wybacz ale muszę zająć się poobijanym chłopcem.
Książe szepnął do strażnika.
- Kto to?
- Sarah , nasza zielarka. Dzięki niej wszyscy czujemy się bezpieczniej.
Książę popatrzył na mnie w tym momencie, w którym wiatr strącił mi kaptur z głowy i otworzył szeroko oczy. Szlam dalej. Król był już w pałacu a książę stał i patrzył się na mnie.
- Piękna...
- To prawda. Jest obiektem westchniej każdego mężczyzny.
- Gdzie mieszka?
- Zaprowadze Cię Panie.
- Mów mi Dorian
- Dobrze, Dorianie, chodź za mną.
Opatrzyłam ranną nogę chłopcu. Uśmiechnęłam się i dałam mu ciasteczko.
- Byłeś dzielny Diamal.
- Dziękuje Saro. A mogę jeszcze ciasteczek?
- Pewnie, tylko nie przesadź.
Dałam mu całe opakowanie ciastek i wybiegł.
Zasmiałam się.
- Hugo coś potrzebu..
Patrzyłam na księcia, który wszedł ze strażnikiem.
- Wybacz ale Dorian chciał Cie zobaczyć.
- Ale ja go nie, żegnam.
- O nie, chętnie zostanę.
- Phi, w Twoich marzeniach Książ..
- Dorian, jestem Dorian, a ty zapewne Sarah.
- Hugo, trzepnę Cię kiedyś
- Ja? Ja już lece paa
- Hugo wracaj!
Zdąrzył zamknąć drzwi, gdy rzuciłam w niego wazonem.
- Heh... więc czego szukasz Panie?
- Dorianie. Będę szczery, urzekłaś mnie swoją postawą i urodą.
- Pfffff...
Rżnęłam ze śmiechu jak nigdy w życiu. Tak. To był najszczerszy śmiech z głębi mojej zepsutej duszy.
- Co Cię tak śmieszy?
Zdziwiony spytał.
- Ty i Twoja przemowa. Matko, w życiu się tak nie uśmiałam. Jeżeli nic Ci nie dolega, żegnam.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Wbrew pozorom, jesteś inna.
- Pff.. owszem, jestem sobą. Złośliwą, chamską, śliczną przyznam ale i wredną. Więc sio. Nie jesteś mile widziany.
Wstał z krzesła. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaki jest wysoki , a ja wysoka na 160 nie dosięgałam mu nawet do ramienia.
- Zmalej.
Uśmiechnął się pod nosem a ja założyłam ręce na piersi. Patrzył na nie.
- Wydrapać Ci te oczy? No sio płchło jedno ty.
Zaśmiał się i podszedł bliżej, tak że jego pierś dotykała moich. No i vo zrobić? Nie mogę go zabić , ani nic więc zniszcze go inaczej. Usmiechnęłam się i stanęłam na palcach i objęłam jego szyję. On złapał mnie za plecy i przyciągnął.
Nie wiem czemu moje serce zaczęło bić szybciej a na mojej twarzy pojawił się rumieniec. O nie. On zbliżył twarz do mojej.
- Zawsze dostaje to co zechce.
Szepnełam mu na ucho.
- Ale mnie nigdy nie zdobędziesz.
Kopnęłam go w klejnoty.
- Wynocha zboczeńcu!
Zaczęłam rzucać w niego różnymi rzeczami a on wybiegł.
- I nie wracaj więcej!
Jest! Trafiłam go łyżką w głowę .
I tak wróciłam do siebie z wielką satysfakcją.
- Byłeś dzielny Diamal.
- Dziękuje Saro. A mogę jeszcze ciasteczek?
- Pewnie, tylko nie przesadź.
Dałam mu całe opakowanie ciastek i wybiegł.
Zasmiałam się.
- Hugo coś potrzebu..
Patrzyłam na księcia, który wszedł ze strażnikiem.
- Wybacz ale Dorian chciał Cie zobaczyć.
- Ale ja go nie, żegnam.
- O nie, chętnie zostanę.
- Phi, w Twoich marzeniach Książ..
- Dorian, jestem Dorian, a ty zapewne Sarah.
- Hugo, trzepnę Cię kiedyś
- Ja? Ja już lece paa
- Hugo wracaj!
Zdąrzył zamknąć drzwi, gdy rzuciłam w niego wazonem.
- Heh... więc czego szukasz Panie?
- Dorianie. Będę szczery, urzekłaś mnie swoją postawą i urodą.
- Pfffff...
Rżnęłam ze śmiechu jak nigdy w życiu. Tak. To był najszczerszy śmiech z głębi mojej zepsutej duszy.
- Co Cię tak śmieszy?
Zdziwiony spytał.
- Ty i Twoja przemowa. Matko, w życiu się tak nie uśmiałam. Jeżeli nic Ci nie dolega, żegnam.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Wbrew pozorom, jesteś inna.
- Pff.. owszem, jestem sobą. Złośliwą, chamską, śliczną przyznam ale i wredną. Więc sio. Nie jesteś mile widziany.
Wstał z krzesła. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaki jest wysoki , a ja wysoka na 160 nie dosięgałam mu nawet do ramienia.
- Zmalej.
Uśmiechnął się pod nosem a ja założyłam ręce na piersi. Patrzył na nie.
- Wydrapać Ci te oczy? No sio płchło jedno ty.
Zaśmiał się i podszedł bliżej, tak że jego pierś dotykała moich. No i vo zrobić? Nie mogę go zabić , ani nic więc zniszcze go inaczej. Usmiechnęłam się i stanęłam na palcach i objęłam jego szyję. On złapał mnie za plecy i przyciągnął.
Nie wiem czemu moje serce zaczęło bić szybciej a na mojej twarzy pojawił się rumieniec. O nie. On zbliżył twarz do mojej.
- Zawsze dostaje to co zechce.
Szepnełam mu na ucho.
- Ale mnie nigdy nie zdobędziesz.
Kopnęłam go w klejnoty.
- Wynocha zboczeńcu!
Zaczęłam rzucać w niego różnymi rzeczami a on wybiegł.
- I nie wracaj więcej!
Jest! Trafiłam go łyżką w głowę .
I tak wróciłam do siebie z wielką satysfakcją.
Dzisiaj wstałam wcześniej niż zwykle. Znów ten koszmar. Ubrałam się, posprzątałam po wczorajszej masakrze i wyszłam do lasu. Ktoś mnie śledzi. Więc trzeba go zaskoczyć. Zniknęłam za wielkim starym dębem pamiętającym czasy wielkich czarownic. Gdy śledzący mnie mężczyzna był na wyciągnięcie moich rąk zaatakowałam go. Jednak szybko się uwolnił i kopnął mnie w brzuch. Upadłam na plecy. Szybko wstałam i uniknęłam wszystkich jego ciosów. Był zakapturzony - jak ja. Był zwinny i silny dlatego czas wspomóc się magią. Szepnęłam pod nosem.
- Lad armur.
Korzenie drzewa nagle ożyły i złapały go za nogi i ręce. Wisiał do góty nogami. Zdjęłam z jego głowy kaptur i zamarłam.
- David?! Co Ty tutaj robisz?!
- Lad armur.
Korzenie drzewa nagle ożyły i złapały go za nogi i ręce. Wisiał do góty nogami. Zdjęłam z jego głowy kaptur i zamarłam.
- David?! Co Ty tutaj robisz?!
- Wiszę związany przez drzewo i patrzę na Twoje piersi?
Szybko uwolniłam go. Nadal byłam w szoku. Przez te parę lat urósł jeszcze bardziej i ku mojemu zdziwieniu przypakował. Włosy miał skrócone - lecz grzywka nadal dodawała mu uroku. Ale najbardziej zaskoczyła mnie twarz. Zmienił się, a przynajmniej tak mi się zdawało. Dotknęłam jego twarzy nadal zszokowana.
Szybko uwolniłam go. Nadal byłam w szoku. Przez te parę lat urósł jeszcze bardziej i ku mojemu zdziwieniu przypakował. Włosy miał skrócone - lecz grzywka nadal dodawała mu uroku. Ale najbardziej zaskoczyła mnie twarz. Zmienił się, a przynajmniej tak mi się zdawało. Dotknęłam jego twarzy nadal zszokowana.
* * * *
Jej ręce były tak delikatne jak zawsze, oczy pozostały tak samo inteligentne, bystre i spostrzegawcze. Włosy jej urosły i to bardzo - co dodało jej jeszcze większej urody , była piękna. Schudła, co bardzo mnie zmartwiło ale w końcu ją znalazłem. Muszę ją sprowadzić spowrotem do zamku.
Zapadła długa cisza. W końcu odezwałem się pierwszy.
- Szukałem Cię.
- Dlaczego? Nie potrzebnie, wróciła bym po załatwieniu swoich spraw.
- Nie wróciłabyś.
Odwróciła wzrok. Miałem rację.
- Mój ojciec potrzebuje... ja Cie potrzebuje.
- Tak, a niby po co?
Nagle jej wzrok skupił się na na moich ustach.
- Wróć ze mną, do domu.
- Nie.. jeszcze nie mogę.
- Proszę..
- Zrozum, jeszcze nie teraz.
Odwróciła się i poszła spowrotem , a ja za nią. W jej chatce stanąłem w wejściu.
- Co robisz?
- Zostaje z Tobą, żebyś szybciej wróciła do domu.
Westchnęła , a ja rozgiściłem się u niej na dobre. Dobre 3 miesiące, do dnia gdy przyszedł ten gnojek...
Zapadła długa cisza. W końcu odezwałem się pierwszy.
- Szukałem Cię.
- Dlaczego? Nie potrzebnie, wróciła bym po załatwieniu swoich spraw.
- Nie wróciłabyś.
Odwróciła wzrok. Miałem rację.
- Mój ojciec potrzebuje... ja Cie potrzebuje.
- Tak, a niby po co?
Nagle jej wzrok skupił się na na moich ustach.
- Wróć ze mną, do domu.
- Nie.. jeszcze nie mogę.
- Proszę..
- Zrozum, jeszcze nie teraz.
Odwróciła się i poszła spowrotem , a ja za nią. W jej chatce stanąłem w wejściu.
- Co robisz?
- Zostaje z Tobą, żebyś szybciej wróciła do domu.
Westchnęła , a ja rozgiściłem się u niej na dobre. Dobre 3 miesiące, do dnia gdy przyszedł ten gnojek...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz