czwartek, 11 sierpnia 2016

(Caleana) "Klątwa Księżyca" #1

  -Wiesz... ostatnio zaczepia mnie ten nowy. Nic tylko ugania się za mną jak pies.
- Przesadzasz Toni, takie ciacho a ty go zlewasz?
- Jak mam go nie zlewać, kiedy jego pierwsze słowa do mnie brzmiały, uwaga cytuje : ...
- Czy zostaniesz moją kobietą? - odwróciłam się napięcie i zmarszczyłam brwi. Stał za mną wysoki, zielonooki brunet o szczupłej, napakowanej sylwetce. Wziął moją rękę i pocałował ją. Wyrwałam ją i odwróciłam się do Mersi, a go olałam.
- Właśnie to powiedział. Co miałam zrobić? Odmówiłam mu grzecznie i odeszłam, tak jak teraz. - Poszłam przed siebie. Zerknęłam tylko za ramię, a on uśmiechnął się szeroko i wpatrywał w mój tyłek. Zmarszczyłam brwi i zniknęłam za drzwiami sali biologicznej. Usiadłam w swojej ławce, ostatniej pod oknem. Nie lubiłam być w centrum zainteresowania. Zaraz po tym jak usiadłam zadzwonił dzwonek. Wszyscy byli na swoich miejscach po za jedną osobą ... nim.
- Poznajcie Robbiego Johnsona. Od dziś będzie z wami w klasie. - Popatrzyłam na niego gniewnie i pomyślałam:
" Rozumiesz? Nie - ma - takiej - obcji..."

    ★.             ★.            ★.

  Ślicznie wygląda jak się gniewa. Uśmiechnąłem się do niej, a ona zezłościła się jeszcze bardziej. "Ona musi stać się moją wilczyca - i nie obchodzi mnie to, że jest człowiekiem. "
Usiadłem obok niej, ale się odsunęła. "Nie ładnie tak kruszynko". Olała mnie i zaczęła notować lekcje. Wykorzystałem okazję i pocałowałem ją w policzek. Odwróciła się szybko w moją stronę i kiedy miałem pocałować ją w usta ktoś uderzył mnie krzesłem w głowę. Zaatakowałem go i kiedy miałem złamać mu nos ona mnie spoliczkowała.
- Jesteś chory ! Zostaw  go!
- Toni..
- Nie! Nienawidzę Cie! Wynoś  się z mojego życia Ty chory, popaprany psie!  - Zabrała swoje rzeczy i wyszła trzaskając drzwiami.
- Cholera!

Jestem alfą, a nie mogę jej zdobyć.. dlaczego do cholery?!
- Hm.. może - nie na pewno przez to, że jesteś zbyt bezpośredni i masz 23 lata... Nie gadaj, że ona o niczym nie wie.. - Popatrzyłem na mojego brata i kiwnąłem twierdząco głową.
- Cholera.. wiesz, że masz miesiąc do pełni?
- Wiem, dlatego muszę się pośpieszyć... ale ona jest taka uparta.
- Dziwisz się jej? Jak wylatujesz z takim tekstem " Czy zostaniesz moją kobietą?" Ale pojechałeś..
- A Ty co? Sam nie lepszy, do laski zagadać nie umie.
- Że co?! Powiedział ten ci chce z niej zrobić jedną z nas, bo jego fiut stoi zawsze gdy ją widzi.
-Stoop! - Ups... no to mamy przesrane.
- A Ty mamuśka co? Znowu z ojcem się nachlałaś?
- Właściwie.. kochałam. - Ona uśmiechnęła się, a my odwróciliśmy głowy i prawie zwymiotowaliśmy. I tak słuchaliśmy przez całą noc szczegółów ich igraszek...

      NIGDY WIĘCEJ!

★.                  ★.                  ★.
- Nie wpuszczę go do domu.
- Wiesz, że musimy zrobić ten projekt..
- Ale będzie mi grzebał w bieliźnie! - Umilkłam na chwilię, kiedy przechodził obok nas z bratem. Po tamtejszej piątkowej akcji w klasie ja , a wczególności Mersi zaczęłyśmy się go bać. Nagle odezwał się.
- Do zobaczenia wieczorem, śliczna.
- Grr.. spadaj. - uśmiechnął się i poszli w raz z bratem do chemicznej.
- Nie i koniec!
- Czyli nie chcesz, żebym zdała? - Przewróciłam oczami.
- Dobra, ale jak zacznie mnie nachodzić to urwe Ci głowę, jasne?
- Jasne jak słońce - odpowiedziała z uśmiechem.

- No dalej idź na B, uważaj w pałacu! Kuźwa.. no nie było blisko.
- Sorka, nie zdąrzyłam.
- Okey, oke...
- Panienko, panicze do Ciebie. - popatrxyłam na lokaja.
- Wpóść ale.. jak cie zawołam masz ich od razu wyprowadzić oki?
- Tak , panienko. 
Po chwili wszedł w raz z bratem . Widać po nich było, że są w szoku.
- Jak...?
- Jestem córką generała O'neal'a, a on jest no bardzo dziany. - pokazałam im kanapę przy stole. Usiedli.
- A Twoja matka pewnie jest tak samo piękna jak Ty.
- Ona nie żyje. - spóścił wzrok. - Nawet mi nie wspóczuj, nie masz o kogo. Zrobiłyśmy część estetyczną, a w waszym interesie leży tematyka.
- Dobra , za pocałunek. - zaczęłam się śmiać jak nigdy w życiu.
- Never in my fck life. - po 5 godzinach śmialiśmy się wszyscy. On o dziwo nie dobierał się się do mnie. Za to Mersi i Jego brat znacząco się zbliżyli do siebie.
- Oł czas już na was.
- Nie! Mogą nocować, prwada?
- Mersi.. nie .. - zamarłam.
- Co jest?
- Wrócili..
- O cholera.. zmiana planów. Musicie się zmyć i to już.
- Idą, idą!
- No już tymi drzwiami! Aaaa...! - spadłyśmy w raz z nimi do awaryjnego . Myślałyśmy, że będziemy potłuczone ale byłyśmy całe. Oni nas.. zasłonili.
- Tędy.. - Pobiegli za nami i przy wyjciu z kuchni oni już pobiegli potykając się cały czas. A my? Śmiałyśmy się w niebogłosy. Aż nasi ojcowie generałowie nie zeszli do kuchni i nie wyciągnęli z nas o co chodziło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz