- Więc jednak żyjesz ha ha .. kto by pomyślał, a Twój brat odchodził od zmysłów.
Loulieth zamarła. Brat? Przypomniałem sobie list, który mi dała. Już rozumiem... to list do jej brata. Tylko... który to ? Jeżeli Wolker go zna znaczy, że musi być z oddziałów króla.. tylko dlaczego okłamała mnie mówiąc, że urodziła się tu? Musiała mieć powód tylko... dlaczego mi o tym nie powiedziała? Wyrwałem się nagle z rozmyślań. Wolker patrzył na mnie.
- Widzę, że jednak książę i jego kobieta mieli rację, wierząc że jednak żyjesz. Kto by pomyślał, że nawet sam król im uwierzył.
- Zamknij się!
Loulieth uderzyła go. Bała się, strasznie. Widziałem to w jej oczach. W końcu zareagowałem i odciągnąłem ją od niego.
- Wolałbyś jej nie wkurzyć, a teraz gadaj, co tu robisz?
Zaśmiał się, złe posunięcie. Uderzyłem go tak mocno, że wypadł mu ząb.
- Król kazał Cie szukać...
Nagle jego stan pogorszył się, popatrzyłem na nią, to nie moja wina.. już umierał z zimna.
- I kazał Ci przekazać byś uważał..
- Uważał na co?
Zaśmiał się i skonał. Louli zamknęła mu oczy i ruszyła dalej. Zabrałem mu odznakę oficera i ruszyłem za nią. Po paru godzinach marszu dotarliśmy do polany. Pokazała mi drzewo, gdzie kiedyś mieściło się chyba jakieś obozowisko. Wspięliśmy się na drzewo i po chwili byliśmy w środku starej chaty. O dziwo było tu bardzo ciepło, zbyt ciepło.
- Kiedyś stacjonowali tu żołnierze Valthundoru, niegdyś była to granica między Starym Krajem, a Krainą Wiecznej Zimy. Lecz teraz to tylko dawne zapomniane rejony kraju północnego - bo tak to teraz nazywacie nasz kraj - które słóżą w właśnie takich przypadkach jak ta. Po 40 latach w chatach tych, zamieszkały dawno zapomniane i zagrożone stworzenia. No oczywiście dopóki nie urosną.
Rozpaliła ogień w kominku i moim oczom ukazał się mały smok. Przeraziłem się kiedy rzucił się na nią, lecz zamiast zaatakować ją przymilał się i lizał ją.
- Loco no już, maluchu też się stęskniłam haha.
Pocałowała go w pysk i szepnęła coś na ucho. Smok popatrzył na mnie i zamarłem. Przyglądał mi się tymi świecącymi żółtymi ślepiami. Zbliżył się do mnie. Dopiero teraz mogłem go lepiej zobaczyć. Był cały czarny, przez pysk, oczy i grzbiet aż do końca ogona biegły białe pasy. Przy przednich łapach zaczynały się skrzydła. Loulieth zaśmiała się.
- Spokojnie Kapitanie Loco nic Ci nie zrobi, póki jesteś przy mnie. Wie, że ten kto ze mną jest - jest przyjacielem. No dalej pogłaskaj go.
Niepewnie wyciągnąłem ku niemu rękę. Smok powąchał ją i wepchnął głowę w moją dłoń. Loulieth dotknęła mojego ramienia i uśmiechnęła się. Dopiero wtedy rozluźniłem się i zacząłem głaskać smoka. Nagle położył się na moich nogach i zamknął oczy. Głaskałem go nadal. Ku mojemu zdziwieniu jego łóski były gładkie i miękkie.
- Dlaczego ma miękkie łóski?
- To młodzik, ma dopiero 21 miesięcy, łóski twardnieją w 30 miesiącu. A po 57 miesiącu smok jest już dorosły.
Pokiwałem głową.
- A gdzie jego rodzice?
- Ojciec strzeże naszego kraju, a matka no jak matka strzeże i karmi swoje młode.
Zamarłem.
- Czyli..
Zaśmiała się.
- Tak jest tutaj.
Nagle obok mnie otworzyło się wielkie żółte oko. Smoczyca dmuchnęła we mnie. Jak ona się tu zmieściła?
- Cześć Bunny, jak jaskinia, którą zbudowaliśmy?
Smoczyca wstała i dopiero teraz moim oczom ukazała się jakinia wielka jak Szklany Zamek.
- Mówiłam Ci o znakach Wydra, prawda?
Kiwnąłem twierdząco.
- Posłużyłam się nimi wraz z moim nieżyjącym już mistrzem by stworzyć tą jaskinię i zamaskować ją.
- Ale ona..
- Nic Ci nie zrobi.
Nagle mały smok zerwał się i poszedł do matki. Smoczyca ryknęła i otoczyła malca wielkim skrzydłem .
Zasnęli oboje. Popatrzyłem na nią.
- Loulieth...
- Tak?
Zastanowiłem się chwilę i położyłem się.
- Chodź, przytul się do mnie.
Położyła się obok i wtuliła we mnie. Była ciepła.
- Loulieth...
Zerknąłem na nią, ale już spała. Zamknąłem więc oczy i objąłem ją, niedługo potem zasnąłem.
- Dalej nie mogę iść.
Zatrzymała się w miejscu, gdzie stał stary wielki dąb.
- To granica między naszymi światami - Twoim i moim. Nie mogę jej przekroczyć.
- Dlaczego nie?
- Pamiętasz list, który Ci dałam?
Pokiwałem głową na tak.
- Daj go Shelwiemu Lebonowi. Proszę.
- Sama mu go dasz.
- Nie, nie rozumiesz, nie mogę. Daj mu ten list, kiedy go przeczyta, powiedz mu, że proszę go by wszystko Ci wyjaśnił, błagam.
- Dobrze...
- Idź cały czas prosto, aż do wielkiej kotliny, tam znajdziesz prawdopodobnie konie tamtych nieszczęśników wysłanych przez króla. Jedź do końca kotliny a za nią skręć w lewo i kieruj się ścieszką. Dalej już trawisz sam.
Patrzyłem na nią , na jej twarz jakbym chciał zapamiętać jak wygląda.
- Gdybyś czegoś odemnie chciał, lub po prostu chciał się ze mną skontaktować gwizdnij w ten gwizdek.
Podała mi ślicznie zdobiony gwizdek z wizerunkami królewskich ptaków.. orłów. Zabrałem gwizdek i zawiesiłem sobie na szyji. Dotknąłem jej policzka i ostatni raz pocałowałem . Odwrócilem się i ruszyłem przed siebie. Gdzieś w południe dotarłem do kotliny. Zabrałem konia i ruszyłem wskazaną przez nią drogą. Za kotliną skręciłem w lewo i galopem ruszyłem przed siebie. Po około 3 godzinach dojechałem do wrót zamku. Szklanego Zamku. Dorian, Caleana, Nachemia i król ucieszyli się na mój widok , ja zresztą też. Ale nie cieszyłem się z powrotu do domu, tak naprawdę nie chciałem tu wracać. Tak naprawdę, to już nie był mój dom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz