Colvorio, Granica królestwa łowców, 1404 rok
Szłam przez ulice miasta granicznego łowców. Po co tu jestem? Zasiać ziarno niezgody w śród ludu. Chce by byli przerażeni do tego stopnia, aby się wynieśli. Na dobre. Nagle usłyszałam znajomy głos. To był ON. Ten , który zabił nas wszystkie, wydał rozkaz. Dawniej książę, teraz król. Stanęłam w cieniu i oparłam się o mur, słuchałam z niedowierzaniem . Nagle z karety wyszedł on i -i jego syn. Wpatrywałam się w niego z pod kaptura swojego czarnego płaszcza. Był.. był przystojny. Krótkie czarne włosy, wysoki, umięśniony. Piwne oczy, nie jak ojciec - błekitne.
Ale to był wróg, nawet jeśli był przystojny i wpadł mi - jak to się mówi w "oko" to nie miał prawa zaistnieć w moim życiu. Przysłuchiwałam się ich rozmowie.
- Jak to nie wrócili?
- Normlanie Panie, nie ma ich od czterech lat.
Hoho ale król martwi się o swoich ludzi. Cztery lata minęły od "wypadku" a on dopiero teraz tu przyjechał. PF... żałosne. Uderzył jednego ze strażników. Kolejnie żałosne posunięcie.
- I żaden nie ruszył za nimi?! Jeżeli one żyją trzeba je wyplenić! Zakończyć tą paranoje naszego ludu!
Zaśmiałam się,a oni popatrzyli na mnie.
- A ty z czego się tak śmiejesz?!
- To proste królu Semigalu. Oczywiście, że one żyją.
- Skąd to wiesz?
- Wiesz Panie, szlam jak codzień do lasu po zioła by zrobić maść dla jednego z chorych mieszkańców. Gdy nagle ujrzałam kobietę, która płonęła ogniem. Zaraz pędem wybiegłam z lasu. Ot co powineneś coś z tym zrobić, a teraz wybacz ale muszę zająć się poobijanym chłopcem.
Książe szepnął do strażnika.
- Kto to?
- Sarah , nasza zielarka. Dzięki niej wszyscy czujemy się bezpieczniej.
Książę popatrzył na mnie w tym momencie, w którym wiatr strącił mi kaptur z głowy i otworzył szeroko oczy. Szlam dalej. Król był już w pałacu a książę stał i patrzył się na mnie.
- Piękna...
- To prawda. Jest obiektem westchniej każdego mężczyzny.
- Gdzie mieszka?
- Zaprowadze Cię Panie.
- Mów mi Dorian
- Dobrze, Dorianie, chodź za mną.
Opatrzyłam ranną nogę chłopcu. Uśmiechnęłam się i dałam mu ciasteczko.
- Byłeś dzielny Diamal.
- Dziękuje Saro. A mogę jeszcze ciasteczek?
- Pewnie, tylko nie przesadź.
Dałam mu całe opakowanie ciastek i wybiegł.
Zasmiałam się.
- Hugo coś potrzebu..
Patrzyłam na księcia, który wszedł ze strażnikiem.
- Wybacz ale Dorian chciał Cie zobaczyć.
- Ale ja go nie, żegnam.
- O nie, chętnie zostanę.
- Phi, w Twoich marzeniach Książ..
- Dorian, jestem Dorian, a ty zapewne Sarah.
- Hugo, trzepnę Cię kiedyś
- Ja? Ja już lece paa
- Hugo wracaj!
Zdąrzył zamknąć drzwi, gdy rzuciłam w niego wazonem.
- Heh... więc czego szukasz Panie?
- Dorianie. Będę szczery, urzekłaś mnie swoją postawą i urodą.
- Pfffff...
Rżnęłam ze śmiechu jak nigdy w życiu. Tak. To był najszczerszy śmiech z głębi mojej zepsutej duszy.
- Co Cię tak śmieszy?
Zdziwiony spytał.
- Ty i Twoja przemowa. Matko, w życiu się tak nie uśmiałam. Jeżeli nic Ci nie dolega, żegnam.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Wbrew pozorom, jesteś inna.
- Pff.. owszem, jestem sobą. Złośliwą, chamską, śliczną przyznam ale i wredną. Więc sio. Nie jesteś mile widziany.
Wstał z krzesła. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaki jest wysoki , a ja wysoka na 160 nie dosięgałam mu nawet do ramienia.
- Zmalej.
Uśmiechnął się pod nosem a ja założyłam ręce na piersi. Patrzył na nie.
- Wydrapać Ci te oczy? No sio płchło jedno ty.
Zaśmiał się i podszedł bliżej, tak że jego pierś dotykała moich. No i vo zrobić? Nie mogę go zabić , ani nic więc zniszcze go inaczej. Usmiechnęłam się i stanęłam na palcach i objęłam jego szyję. On złapał mnie za plecy i przyciągnął.
Nie wiem czemu moje serce zaczęło bić szybciej a na mojej twarzy pojawił się rumieniec. O nie. On zbliżył twarz do mojej.
- Zawsze dostaje to co zechce.
Szepnełam mu na ucho.
- Ale mnie nigdy nie zdobędziesz.
Kopnęłam go w klejnoty.
- Wynocha zboczeńcu!
Zaczęłam rzucać w niego różnymi rzeczami a on wybiegł.
- I nie wracaj więcej!
Jest! Trafiłam go łyżką w głowę .
I tak wróciłam do siebie z wielką satysfakcją.
Dzisiaj wstałam wcześniej niż zwykle. Znów ten koszmar. Ubrałam się, posprzątałam po wczorajszej masakrze i wyszłam do lasu. Ktoś mnie śledzi. Więc trzeba go zaskoczyć. Zniknęłam za wielkim starym dębem pamiętającym czasy wielkich czarownic. Gdy śledzący mnie mężczyzna był na wyciągnięcie moich rąk zaatakowałam go. Jednak szybko się uwolnił i kopnął mnie w brzuch. Upadłam na plecy. Szybko wstałam i uniknęłam wszystkich jego ciosów. Był zakapturzony - jak ja. Był zwinny i silny dlatego czas wspomóc się magią. Szepnęłam pod nosem.
- Lad armur.
Korzenie drzewa nagle ożyły i złapały go za nogi i ręce. Wisiał do góty nogami. Zdjęłam z jego głowy kaptur i zamarłam.
- David?! Co Ty tutaj robisz?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz