- Dość.
Przerwał Lamdel kiedy miałam już złamać kark jego najlepszemu strażnikowi.
- Udowadniłaś, że jesteś gotowa, dlatego przychylam się do twojej prośby.
Uśmiechnęłam się , kiedy Natasha , jego córka przytuliła mnie.
- Od dziś będziemy się widzieć codziennie.
- Jeeej!
Krzyknęła i przytuliła swojego ojca.
- Dziękuję tatku!
Zaśmiał się, a ja odeszłam, lecz w drzwiach zatrzymał mnie jeszcze.
- Kassandro
Pierwszy raz od dawna ktoś wymówił moje imię. Spóściłam wzrok.
- Tak?
- Idź teraz na zwiad. Jestem prawie pewien, że kogoś znajdziesz.
- Dobrze..
Wyszłam i poszłam do swojego pokoju. A raczej chatki. Mieszkałam najdalej od wszystkich . Po wydarzeniach sprzed paru laty nie potrafiłam żyć wśród innych ludzi. Nie potrafiłam? A może nie chciałam? Ubrałam biały płaszcz, założyłam biała chustę na twarz zakrywającą mi usta i nos. Uzbroiłam się w noże myśliwskie, rampiery i strzały podręczne. Popatrzyłam na Valora i Odynie - moich jedynych prawdziwych przyjaciół.
- To co.. czas zapolować na zwierzynę.
Uśmiechnęłam się kiedy wzbili si w powietrze, bowiem Valor i Odynia byli białymi orłami. Ostatnimi żyjącymi. Przeskoczyłam przez mur i wspięłam się na drzewo. Biegłam, skakałam przez kolejne drzewa i gałęzie z taką precyzją, opanowaniem i tak cicho, że nic ani nikt nie miał prawa mnie zauważyć. Biegłam co jakiś czas zwracając uwagę na orły. Nagle Valor zaczął zataczać koło w powietrzu. Zatrzymałam się i ruszyłam w jego kierunku skacząc nadal przez drzewa. Zatrzymałam się. Kiedy dotarłam na miejsce zamarłam. Byli to zamrznięci żołnierze Adarlanu. Nie miałam zamiaru tam schodzić. Kiedy już miałam ruszyć dalej usłyszałam wołanie o pomoc.
- Co do diabła..
Zeskoczyłam na dół i szukałam właściciela głosu. W końcu go odnalazłam. Był to wysoki młody mężczyzna, z złocistymi oczyma i krótkimi brąz włosami. Zauważyłam symbol , który niegdyś nosił mój ojciec. Odwróciłam głowę i wzrok - Kapitan Gwardii Królewskiej.
* * * * * *
Obudziłem się nagle, z wielkim bólem w piersi. Ale coś było nie tak. Nie byłem już w lesie na północy. Nie byłem już zmarznięty. Byłem w małej chacie tuż przy kominku, w którym tlił się ogień. Byłem przykryty kilkoma kocami. Po mału wstałem i rozejrzałem się wzrokiem po domu. Jedno łóżko - więc ktoś mieszka tu sam. Kuchenka, stół, łazienka za drzwiami i.. przestraszyłem się , kiedy tuż nad moją głową przypatrywały się mi. Jeden z nich rozłożył skrzydła i kiedy miał już zaatakować...
- Valor dość, nie ładnie tak traktować naszego gościa.
Orzeł natychmiast schował skrzydła i ukłodnił się - chyba w przeprosinach.
- Nie przeproszę szumowiny, pachołka króla Adarlanu za mojego Valora. Nie musiałam też wcale Cię ratować, więc bądź mi wdzięczny. A wszcególności jemu bo to on Cię znalazł.
Popatrzyłem na właścicielkę orłów. Była ubrana cała na biało. Miała białą chustę na twarzy więc nie widziałem jak wygląda - po za oczami. Błękitnymi jak wody oceanu. Chciałem sięgnąć po miecz ale..
- Tego szukasz?
Pokazała mi mój miecz.
- Nie dostaniesz go doputy nie dojdziesz do siebie i nie wyjdziesz za granicę mojego domu. Zrozumiano?
Pokiwałem niechętnie głową, a ona schowała mój miecz.
- Kim jesteś i co tu robię?
- Kim jestem to nie istotne. A co tu robisz? Uniknąłeś śmierci - nie to co twoi kompani.
- Co się z nimi stało?
- A jak myślisz? Jesteś w najmroźnieszych terenach na całej ziemi.
Wstała i podała mi miskę z ciepłym jedzeniem.
- Zamarzli na śmierć.
Patrzyłem jak głupi w tą miskę. Zerknąłem ukradkiem na nią. Szczupła dość wysoka młoda dziewczyna, o czarnych niczym sadza włosach. Jej ubiór przyprawił mnie o dreszcze.
- Nie jest Ci ...
Zaśmiała się.
- Taka temperatura nie robi na mnie wrażenia.
Spojrzałem przez okno. Na zewnątrz szalała burza śnieżna.
- Ty...
- Tak, urodziłam się tu. Dlatego krótkie spodenki, i podkoszulek mi starczają. Za to wam, Adarlańczykom nawet najcieplejsze ubrania nie pomogą.
Popatrzyła na mnie geniewnie i gwizdnęła. Jeden z białych orół podleciał i usiadł jej na ramieniu.
Miałem nadzieję, że to ten narwany.
Ale..
- Valor... pilnuj go.
Patak jak mi się wydawało uśmiechnął się.
- Nie zostawiaj mnie z nim..
- Heh... wychodzę na chwilę... za ten czas radzę się z nim zaprzyjaźnić. Kapitanie...
Popatrzyłem na nią kiedy to powiedziała. Jej głos, w jej głosie słyszałem ból, którego nie byłem wstanie zrowumieć.
* * * * * *
- Cholerny kapitan!
Krzyknęłam i rzyciałam nożem w niedźwiedzia. Miałam dość - jego.
Jego obecność rozdrapywała stare rany, o który wolałam zopomnieć.
Miałam go dość. Chciałam się go jak najszybciej pozbyć. Pozbyć z mojego życia. Ale czy potafiłam? Z mojego "poprzedniego życia" zostało mi jeszcze coś - współczucie i resztka człowieczeństwa. Zauważyłam, że Claus , jeden z synów Lamdla śliedził mnie od kąd wyszłam z chaty. Miałam go dość - rzuciłam w niego nożem i trfiłam ramię. Upadł .
- Mam Cię dość, mam wszystkiego dość. Spróbuj coś powiedzieć , a wypruje Ci flaki.
Zdarłam skórę z niedźwiedzia i wyciełam najlepsze kawałki mięsa. Owinęłam je w specjalny papier i wrzuciłam do torby. Wzięłam futro, wyjęłam nóż z jego ramienia i zatamowałam krwawienie.
- Powiem ojcu.
Zaśmiałam się i przewróciłam oczami.
- To sobie mów, mam to gdzieś.
Gry wracałam rozpoczęła się burza śnieżna . Szybko więc skakałam jak zwykle po drzewach i znalazłam się przy chacie. Otworzyłam drzwi i zamarłam...
- O wróciłaś.
Uśmiechnął się.
- On nie pozwala się dotykać nikomu, poza mną i Odynią.
- Odynią?
Orlica frunęła do środka i usiadła na moim krześle.
- Tak , Odynią.
Valor podfrunął do niej i szurchnął głową.
- Jak to zrobiłeś?
- Co?
- Że pozwolił Ci się dotknąć.
- Nic szczególnego. Tak jakoś.
Czyżby Valor wyczuł, że..
- Co to?
Zapytał, kiedy przykryłam go futrem niedźwiedzia.
- By było Ci cieplej.
Popatrzył mi w oczy, a w jego pojawił się błysk. Odwróciłam wzrok i poszłam do drugiego pokoju. Przed zamknięciem drzwi Valor i Odynia wlecieli do pokoju a on powiedział.
- Dobranoc, czarnowłosa.
Zamknęłam drzwi. W końcu wolna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz