wtorek, 14 czerwca 2016

(Celaena) "Fanfiction Szklany Tron" #2

Obudziłam się rano wczesniej niż zwykle. Pociągnęłam nosem. Valor i Odynia też to czuli. Przyjemny zapach z kuchni. Ubrałam się i założyłam chustę. Tym razem czarną. Długie spodnie, czerwoną koszule w kratę i buty za kostki. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam kapitana gotującego coś. Valor usiadł na poręczy od krzesła, a Odynia wciąż siedziała na moim ramieniu.
- Widzę, że nie tylko ja jest rannym ptaszkiem
Zaśmiał się.
- Jak na gościa , który był na granicy śmierci dobrze się trzymasz.
Odpowiedziałam pełna nadziei, że wkrótce wróci do siebie - na zawsze. On odwrócił się i otworzył szeroko oczy.
- Co? Coś nie tak?
- Nie, nie tylko... wyglądasz tak..
- Normalnie?
Zaśmiałam się.
- Wyjełaś mi to z ust.
Podeszedł do mnie bliżej. Dopiero teraz zobaczyłam znaczną różnicę w naszym wzroście. Był o głowę wyższy. Założyłam ręce na piersi.
- Ekhem...
Odsunął się. Przynajmniej na tyle.
- Idę do zamku.
- Zamku?
Pokiwałam głową.
- Obowiązki wzywają ... ka..
Popatrzyłam na Odynie.
- Pfff... Twoje imię kapitanie?
- Pff.. a Twoje czarnowłosa?
Zaśmiałam się pod nosem.
- Loulieth.
Po części prawda. Mogę przecież podać swoje drugie imię.
- A Twoje?
- Chaol. Chaol Westwall.
- Uhuhu... ten Westwall?
Usmiecham się i klepe go po plecach.
- Aż tak znany jestem?
Zdziwił się. A ja jestem już przy drzwiach.
- Moooże, będę na obiad.
Wyszłam i popędziłam do zamku.

- Kassadro jakim prawem prawie zabiłaś mojego syna!?
Przewróciłam oczami.
- A takim, że tak głupku.
- Ja Ci dam głupku! Jak się odzywasz do swojego wybawcy?!
- Nie jesteś nim i nigdy nim nie będziesz! Nie Tobie zawdzięczamy życie, nie Tobie przyżekałam służyć, nie Ty stałeś się moją rodziną!
Patrzył na mnie wielkimi oczyma.
- K-kassandro.. Ty płaczesz?
Nie wiem czemu łzy same cisnęły mi się do oczu. Miałam dość tej rozmowy. Dave najstarszy z jego synów jedyny podszedł do mnie. Chiał mnie pocieszyć
- Rozmowę uważam, za zakończoną... z jakimi kolwiek problemi na czas nie określony proś Sama.
Byłam przy drzwiach, kiedy Dave złapał mnie za rękę i szpną na ucho:
- Loulieth ... to Twoje prawdziwe imię? Prawda?
Otworzyłam szeroko oczy... skąd wiedział?!
- Nie Twoja sprawa jak mam na imię.
Wyrwałam rękę i wyszłam z hukiem. Do domu wracałam wolnym chodem, zadając sobie w kółko jedno pytanie... - Dlaczego ja?

               * * * * * * *

Wróciła, roztrzęsiona i zapłakana. Nie mogłem siedzieć beszczynie. Zagrodziłem jej wejście do pokoju.
- Co się stało?
Spytałem. Popatrzyła na mnie gniewnym, a zarazem smutnym i przerażonym wzrokiem.
- Nic, przepóśc mnie.
Warknęła przez zęby.
- Nie ma takiej opcji. Gadaj.
- Nie!
Chciała mnie pchnąć ale złapałem ją za nadgarstki i pchnołęm na ścianę.
- Gadaj albo Cię nie puszczę.
Jak zwykle chłodny ja.
- Nie! Nie powiem Ci !
Przewróciłem oczami. Ale uparta.
Chciała mnie kopnąć w krocze, ale byłem szybszy i przygwoździłem ją całkowicie do ściany.
- Gadaj... chce pomóc.
Nadal patrzyła wściekle, ale przestała się miotać i ustąpiła.
- Po pierwsze: król mnie opieprzył, że rzuciłam nożem w jego syna. Po drugie: rozdrapał stare rany. A po trzecie: jego najstarszy syn nie wiem skąd zna moje prawdziwe imię. Zadowolony?
Patrzyłem na nią. Postanowiłem trochę pomóc.
- Jestem do Twojej dyspozycji czarnowłosa, możem mi powiedzieć o wszystkim.
Zaśmiała się głośno, a jej oczy złagodniały i poweselały.
- Zobaczymy. Pościł byś mnie już co?
Póściłem ją i nałożyłem jej pieczeń.
Wzięła jeden kawałek do buzi i otworzyła szeroko oczy.
- Pychotka!
Zajadała ze smakiem , aż trudno pomyśleć , że jest... no właśnie kim jest?
- Kim jesteś, skoro król Cię wezwał?
- Kapitanem Gwardii Królewskiej , a po słóżbie, Nocnym Łowcą.
Podała mi talerz.
- Mogę jeszcze?
Nałozyłem jej jeszcze.
- Nocnym Łowcą?
Zajadała ze smakiem. Była słodka. Dopiero teraz zorientowałem się, że zdjęła chustę. Słodki mały zadziorny nos, pełne różowe usta. Teraz wyglądała jeszcze bardziej zadziwiająco.
- Yhym, tropie zbiegów, złoczyńców, morderców ogólnie robię to, do czego zostałam wyszkolona.
Uśmiechnęła się i to czego nie zjadła dała chyba Valorowi, chociaż może Odyni też?
- Jak Ty ich rozróżniasz?
Popatrzyła.
- Normalnie, Valor ma małą czarną plamę na dziobie, a Odynia większe skrzydła.
Popatrzyłem. Rzeczywiście. Muszę zapamiętać.
- Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
Popatrzyłem. Rzeczywiście.
- Jaka tobpora roku?
- Hm... koniec zimy. Za jakieś 2-3 tygodnie zacznie się wiosna. Będzie cieplej ale nie na tyle ,byś mógł wrócić. Musiałbyś poczekać na lato. A to jeszcze potrwa.
Patrzy na mnie.
- Podejrzewam, że nie możesz czekać?
- Tak.. muszę jak najszybciej wrócić. Wstała i poszła do pokoju. Wyjęła coś i wróciła.
- Powiem szczerze. Nienawidzę Ciebie i Adarlanu. Mam dość jańczenia Cie. Ale pomogę Ci dotrzeć do granic Adarlanu. Lecz dalej  będziesz musiał radzić sobie sam.
- Czy ty... co to jest?
Patrzę na list zaadresowany do Harrego. Jednego z moich ludzi.
- Co mam z tym zrobić?
- Powiem Ci we właściwym czasie. Teraz schowaj to i trzymaj przy sobie.
Pokiwałem głową i schowałem list do kieszeni kurtki.
- Rozgadałaś się.
- Nie, to Ty nie pytałeś.
- Valor...
Orzeł usiadł na moim ramieniu. Przeraziłem się.
- Spokojnie. Jeżeli mam Ci pomóc musisz się z nimi oswoić. Za tydzień wyjdziesz na zewnątrz.
Nagle coś usłyszała. Ubrała chustę i uzbroiła się.
- Cholera!
Wybiegła a wraz za nią poleciały orły. Wkródce widziałem tylko krew na oknach i śniegu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz