poniedziałek, 11 kwietnia 2016

(Violence) Part 1 "4.13.-2"

  Wstałam jak zwykle o 8 rano, gdy otworzyłam oczy, mój wzrok padł na sufitowe dekoracje. Były ubogie. Nie miałam ostatnio żadnych pomysłów jak przystroić mój pokój. Ściany które pokryte są białą farbą, nie przypominają tych sprzed kilku lat. Za kilka dni kończę 16 lat. Z tej racji, moje ściany nie mają wielu rysunków ani malowideł. Odmalowałam je na biało, i mam zamiar dokumentować wszystkie piękne, inne, niezwykłe wydarzenia. Mozolnie wstałam z łóżka, i podeszłam do lustra. Moje czarno-różowe rozczochrane włosy, niesfornie oplatały moje ramiona. Były moim kompleksem. Gdy się pojawiłam na tym świecie, moja probówka była czarna, co miało zadecydować o moim kolorze włosów. Moje oczy są zielone, tak jak było mi pisane, moje włosy zamiast czarnych, były w połowie różowe. Dosyć ciekawy przypadek. Pamiętam, jak miałam 6 lat, to moja starsza koleżanka straszyła mnie, że ktoś złoży mnie w ofierze szatanowi, oczywiście w to nie wierzyłam, ale było to straszne. Wyszłam z pokoju, i powędrowałam do łazienki, byłam jedną z pierwszych osób. Doprowadziłam się do ładu, i wróciłam do siebie. Mimo, że nigdy nie widziałam na oczy żadnego Nepa, to czasem mam wrażenie, że lepiej dogadałabym się z nimi niż z tymi Saturami. Lubiłam ich towarzystwo, ale często miałam ich dość. Jestem dosyć strachliwa, ale mieszkanie samemu, to spoko sprawa. Posprzątałam mój pokój, podeszłam do okna. Otworzyłam je ruchem ręki, i pchnęłam do przodu. Mieszkam blisko lasu, właściwie, to gdybym wyskoczyła przez okno i balkon, to stoję u jego początku. Łączy się on z murem granicznym pomiędzy nami, a nimi. Z drugiego okna mam widok na miasto, które zaczyna swój dzień. Jest ciepły, wiosenny dzień, przyglądam się często temu widokowi. Zabiegane dziewczyny przemieszczają się pomiędzy sklepami, opiekunki wyciągają dzieci z pokoi, zabierają je ma dwór, do pomocy. Mój dom, jak i dom 30 innych dziewczyn mieści się w mieście Samos, ciągnie się przy murze, przez jego większość. Nasza wyspa jest podłużna, więc mur jest krótki. Nasze miasto, i miasto Cand opierają się o mur, tylko, że nasze styka się z centrum całej wyspy. Centrum dowodzenia to nowoczesny budynek, który decyduje o wszystkim. Tutaj powstają Satury, i Nepowie, są rozdzielani, i wysyłani do Inów, które sprawiają, że w ciągu 10 godzin, od probówki, zmianiamy się w czteroletnie dziecko. Opiekują się nami opiekunki, potem same o siebie dbamy. Uczymy się co prawda o Nepach, ale jakiekolwiek zdjęcia, jakiekolwiek dokumenty, lub utrwalenia, że oni istnieją... nie ma ich, pustka.  Możemy tylko wierzyć słowom. Za klika dni będę pełnoletnia, będę pracować przy pilnowaniu pola, roślinności, będę obok lasu który kocham, od zawsze go odwiedzałam. Jest to co prawda zabronione, ale nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Spojrzałam na kalendarz, równo brakuje mi... dnia, to już jutro, dzisiaj jest 12 kwietnia 301 roku. Podeszłam do dużej, białej szafy. Otwiera się ze skrzypnięciem. Zawartość jest uboga. Każdy z nas ma 3 stroje, wszystkie podobne. Moja zawiera : strój dzienny - czarne trampki, czarne podkolanówki, czerwoną bluzę, biała koszulka z Saturnem. Takich kompletów mam 7, na każdy dzień tygodnia. Piżama - krótkie spodenki, i długa, szara koszula naocna. Też mam ich 7. Mam jedną sukienkę. Jest czarna z białym kołnierzykiem, ma krótki rękaw. Każda z nas ma jeden typ ubioru, który się nie zmienia. Ubrałam strój dzienny, po czym zwróciłam się do biurka. Było białe, z dwiema szufladami. Otworzyłam jedną, wydała z siebie cichy pisk. Wyjęłam szkicownik i ołówek. Podeszłam do łóżka, ale jednak skierowałam swój wzrok na lustrze. Nie raz próbowałam namalować siebie, zawsze z marnym efektem. Nie przez mój styl rysunku, tylko przezemnie. Jestem inna. Wszystkie dziewczyny są szczupłe, takie się pojawiają na tym świecie, i takie są, to jest już zaplanowane w probówce. Ja jestem wyjątkiem. Mam szerokie uda, i brzuch. Żadne ćwiczenia, które odbywamy codziennie nie pomagają. Jestem, byłam i zawsze będę inna. Próbowałam rysować inaczej, "wyładnić się", ale mam potem wyrzuty sumienia. Zniechęcona, rzuciłam mój notes i ołówek o łóżko, po czym energicznym ruchem wstałam. Zciągnęłam czarną torebkę z wieszaka, po czym ruszyłam do wyjścia. Zamknęłam drzwi na klucz, a potem, schowałam go do torby. Szłam ciemnoróżowym korytarzem, mijając zdjęcia i dekoracje. Gdy mijałam pokój, który był tuż obok schodów, coś wybuchło. Drzwi otworzyły się z łoskotem. Stała tam Katie, która trzymała w ręce książeczkę. Cała była w pyle i prochu.
- Katie, co się stało ?
- No cóż, próbowałam zaklęcia do fajerwerek, i trochę mi nie wyszło, najwyraźniej używanie mąki zamiast prochu, to zły pomysł.
Przewróciłam oczami, po czym skieriwałam swoje kroki ba schody. Pokonałam je kilkoma większymi susami. Mieszkam na poerwszym piętrze, więc długa droga to nie jest. Po kilku chwilach byłam już przed budynkiem. Wzięłam głęboki wdech świerzego powietrza, i poszłam przed siebie. Moim celem było zameldowanie się u pani Schuldz, która zajmowała się dobieraniem funkcji dla pełnoletnich. Obeszłam budynek dookoła, i poszłam w stronę lasu, minęłam go, i szłam wzdłuż niskiego murka oddzielającego las od pola. Gdy zaczynał się gąszcz drzew, jeszcze raz spojrzałam w mur graniczny, wyłożony lustrami. Ciekawe, czy po drugiej stronie, rownież są lustra. Przez ułamek sekundy widzę swoje odbicie, lecz szybko znika, gdzie zaczyna sie las, tam kończą się lusta. Idę po udeptanej ścieżce, minęłam małą studnię, moim oczom ukazała się starsza kobieta, w zielonym płaszczu. Pani Schuldz patrzyła na mnie z powagą, jednak gdy stanęłyśmy twarzą w twarz, jej grymas stał się uśmiechem.
- Witaj kochana jubilatko.
- Och, proszę pani, to dopiero jutro.
- Wiem, ale jutro będziesz kimś innym, wszystko się zmieni. - Spojrzała na mnie z troską, znałam to spojrzenie, to ona opiekowała się moją klasą, była dla mnie jak matka, to ktoś o kim mówiono nam na historii, gdy Nepowie i Satury żyli razem, wychowywali dzieci, ale nie takie z probówki. Była matka dziecka, i ojciec. Potem po serii złych wydarzeń, podzielono nas. Od tego czasu wszyscy żyją w zgodzie. Czasem zastanawiam się jak jest po drugiej stronie. Pani Schuldz przygotowała dla mnie kartkę papieru, na którym były wypisane reguły, które obowiązywać mnir będą od jutra, wraz z moją pracą. Wyciągam coś do pisania, i szybkim ruchem wpisuje moje imię: "4.13.-2". Nikt nie ma innego imienia. Na Panią Schuldz mówimy po nazwisku, a raczej jej funkcji. Schuldzowie to nauczyciele. Więc równie dobrze mogłabym powiedzieć nauczycielko. Jej wiek mogę określić na 40 lat. Jej ciemne włosy spięte w warkocz, i surowe rysy, spraiwają, że budzi grozę. Ja nie boję się jej, wręcz przeciwnie.
- Już jutro będziesz inna, pamiętaj, że o 16 zbieramy się na placu, w związku z waszą dorosłością, chyba traficie.
- Dobrze proszę pani
- I jeszcze jedno, nie zmieniaj się, jutro rano - idź do lasu. Może to utrzyma cię taką jak dzisiaj.
- Obiecuje, do widzenia.
Ubrucilam sie na pięcie, i ruszyłam w stronę rynku. Pani Schuldz ma słuszne obawy. Przy otrzymaniu pełnoletności, większość dziewczyn się zmienia. Razem z nauczycielką smiałyśmy się, że skoro jestem taka nietypowa, to stanie się ze mną coś równie dziwacznego. Mijając poerwsze budynki, na placu dostrzegam inne dziewczyny z mojej serii. Zero, Dwa, Cztery, Sześć, Osiem, oraz Dziesięć siedzą przy fontannie. Moja obecność tutaj to zły pomysł. Pomijając Czwórkę, która poświęca życie czytaniu, cała reszta szczerze mnie nienawidzi. Źle to nazywam, nue nienawidzą, tylko nie szanują. Uważają mnie za gorszą. W każdej serii, czyli co tydzień, gdy są nowe, to jest ich 7 czyli czyli parzyste cyfry od minus dwa do dziesięciu, w tym samym dniu jest 7 chłopaków, z tym że są to liczby: -1, 1, 3, 5, 7, 9, 11. Jest pewny zabobon, że te liczby na minusie, są gorsze. Tutaj by się to zgadzało. Jestem inna, inne włosy, grubsza, mam inną twarz. Duża część z nas podchodzi do LA, czyli małej alchemii, z wielkim entuzjazmem, część wręcz przeciwnie. Ja matomiast jestem zwolenniczką upraszczania sobie życia zaklęciami. Przesadzam, to nie żadne zaklęcia, nie jesteśmy czarownicami. To coś w rodzaju energii, która zasila nam światło w domach i tym podobne. Oprócz tego, małe zaklęcia, typu zamoistne kwitnięcie kwiatów, to nie wyczyn. Ja mam częstą skłonność do podpalania wszystkie wokół. Spoglądam na Zero czeszącą jedwabiste loki Dwójki, czyli mojego przeciwieństwa. Jest szczupła, ma lekko opaloną skórę i duże, brązowe oczy. Jest ideałem dziewczyny. Dziesiątka to jedyna z naszej serii, która jest lesbijką. Kiedyś jej się podobałam. To było chore, ale jej minęło. Mijałam właśnie szerokim łukiem dziewczyny, które mi się przypatrywały. Nienawidzr tego spojrzenia. Nie mam w sumie nikogo z kim mogłabym o tym rozmawiać. Szybkim krokiem idę w stronę najbliższych uliczek, by straciły mnue z widoku, a tym bardziej, żebym to ja straciła je z widoku. Ostatnia lekcja, to ta dzisiejsza.  To kilka godzin materiału, który Żyleta odkładała na dzień, gdy nie bedzie nam sie chciało słuchać. Ta surowa nauczycielka nie lubi kwestii Nepów. Poruszy więc tematy mężczyzn jak zawsze na koniec roku. To dlatego tak je lubimy. Marzymy, by ich kiedyś spotkać.
Po kilku chwilach jestem już na placu nauki. Ławki ułożone są w kole, większość już zajęła swoje miejsca. Siadam w ławce, obok młodszych trochę dziewczyn. Są to moje koleżanki, chyba jedyne prawdziwe. Nabiajmy sie z Żylety. 8.15.-2 i 8.15.3, lub po prostu Lisa i Cloey mówiły właśnie o jej wieśniackiej spódnicy, ody usiadłam.
- Patrzcie jak się denerwuje, zaraz jej chyba żyłka pęknie.
- O, hej ... już się znamy tyle czasu, a ja dalej nie mam dla ciebie imienia. Takiego jak były kiedyś.
- Może Half ? Bo jest w połowie różowa.
- Cloey ! - Krzyknęła Lisa
- Nic się nie stało, przyzwyczajam się.
Ciekawe jaki temat poruszy tym razem nasza ukochana pani psor. Wyciągnęłam swój zeszyt. Było to bardziej z nudów. Był nieduży, pełen notatek, i rysunków. Moim marzeniem było spotkać Nepa, gdy miałam 6 lat. Teraz to najwyżej miałam ochote, żeby mnie stąd ktoś zabrał. Otworzyłam zeszyt, i wertowałam kartki, aż znalazłam pustą stronę. Pani Żyleta narysowała na tablicy kształt Satury, oraz Nepa. Następnie przerysowałam wszystko, co ona. Dalej gadała coś, że to nie istotne, i program nauczania to barbażyństwo. W tym czasie, ja rysowałam to, co mówiła mi wyobraźnia. Mój wygląd Nepa różnił się, od tego, jak rysuje go nauczycielka. Mój był... młodszy. Chłopak miał krótkie włosy i ciemną bluzę. Ten obraz miałam wyryty w pamięci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz